podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
Blog > Komentarze do wpisu
Przez góry nad morze

U nas się tak nie da. Trzeba wybierać - albo góry, albo morze. Być może właśnie dlatego tak mnie to połączenie fascynuje. Na mapie zaraz obok napisu "Amman" ktoś niepozorną czcionką wypisał "Moab mountains". Góry Moab - to brzmiało na tyle zachęcająco, że włączyłem je do swojej marszruty. Zwłaszcza, że i tak chciałem zobaczyć kilka rzeczy po drodze.

Kolumna z zamku Iraq ar-Amir.

Tabliczka z pradziadkiem nasego pisma.

Moab powinien być nieźle znany z lekcji religii. Z tym że na lekcjach religii rzadko przykłada się wagę do geografii czy historii. Tak więc mnie zostało w pamięci, że gdzieś w rzece Jordan (pewnie w Jordanii) św. Jan Chrzciciel udzielił chrztu Jezusowi z Nazaretu czyniąc go tym samym chrześcijaninem. Co prawda ani św. Jan ani Jezus nie byli tego faktu świadomi, ale nikomu to nie przeszkadzało. Dziś przeszkadza, więc wycieczki na granicę izraelsko-jordańską, która przebiega głównym nurtem Jordanu są strzeżone, zorganizowane i godzinna przejażdżka kosztuje 12 dinarów (50 złotych). Nie skorzystałem. Odwróciłem się na pięcie i przed sobą już miałem następny cel rodem z katechezy. Dżabal Nebo, Mount Nebo albo po prostu Góra Nebo. Ta nazwa najprawdopodobniej również nic Wam nie mówi, ale historia Mojżesza piąte przez dziesiąte gdzieś pewnie dzwoni. Otóż prorok Musa za swe przewiny usłyszał od Allaha, że będzie się tułał z narodem Izraela po pustyni przez 40 lat, ale potem dojdą do Ziemi Obiecanej. Wszyscy prócz Mojżesza. On miał jedynie zobaczyć Ziemię i umrzeć zanim tam dotrą. A cóż lepiej się nadaje do oglądania odległych ziem jak nie góra (GoogleMaps jeszcze nie były dostępne na Bliskim Wschodzie)?

Na szczycie można zwiedzać franciszkański klasztor. Jest on remontowany od stycznia 2008, więc nie za wiele jest do zobaczenia. Ważne jest jednak, że na górę pielgrzymują zgodnie żydzi, chrześcijanie i muzułmanie, bo wszystkie te religie uznają Mojżesza za Bardzo Ważną Osobę.

Krzyż Mojżesza na Górze Nebo.

Wychodząc z klasztoru, a już na pewno idąc drogą oddalającą nas od Morza Martwego, z pewnością zatrzyma się koło nas samochód, a kierowca zapyta: "Madaba?". Jeżeli nie zrozumieliśmy, to powtórzy on swoje pytanie. On i wielu innych przez najbliższe 9km koniecznie będą chcieli się od nas dowiedzieć czy my aby nie "Madaba?". Żeby odgadnąć o co im chodzi najlepiej spojrzeć na mapę, a jak spoglądać na mapę, to najlepiej na starą i oryginalną. Najstarsza i oryginalna mapa Ziemi Świętej jest tu dostępna na wyciągnięcie ręki. Eee... o ile ktoś trenował siatkarstwo i ręce ma wyciągnięte do ziemi, bo mapa owa to mozaika na podłodze bizantyjskiego kościoła. Puzzle z kamyczków były wielce popularne w dawnych czasach i każde szanujące się muzeum starocitności na Bliskim Wschodzie ma przynajmniej jedną taką mozaikę w swoich zbiorach. Jednak zazwyczaj cieszono oczy jakąś gołą nimfą czy brodatym Eosem, wedle upodobań. Mapy, niestety, układano dość rzadko. Z tego właśnie powodu Mapa z kościoła w Madabie jest tak cenna.

Mapa z Madaby

W Madabie u przemiłych policjantek turystycznych (bo jak przetłumaczyć inaczej turist police?) zaopatrzyłem się z dokładniejszą nieco mapę okolic i ruszyłem asfaltową wstęgą szosy. Późno już było, ale i tak miałem zamiar spać pod gołym niebem, więc nie przeszkadzało mi to zbytnio. Co jakiś czas tylko musiałem zatrzymującym się kierowcom odpowiadać, że nie, nie potrzebuję taksówki, uśmiechać się grzecznie słysząc jak bardzo specjalna jest cena za podwiezienie mnie, potwierdzać, że wiem jak daleko jest do Źródeł Ma'in, które podawałem jako cel marszruty i prostować, że nie jest to 50 kilometrów a tylko 25. Aż zatrzymali się oni - Biała Kia.

Moab o zachodzie słońca.

- Hello! - Hello! - Dokąd. - Źródła Ma'in. - To bardzo daleko, ty wiesz? - Wiem. - 40... nie 70 kilometrów...
- Właściwie to już mniej niż 30...
- Niee. Mówisz po arabsku? Ja nie mówię po angielsku.
- Niestety, po arabsku szłej, szłej (bardzo mało).
- Czekaj, zadzwonię. - to mówiąc już stukał w klawiaturę telefonu, by znaleźć po drugiej stronie łącza kogoś, kto może mi wybić mój pomysł z głowy. - Siadaj ? rzucił w przerwie wskazując na tylną kanapę samochodu. Podczas gdy kierowca wybierał kolejne numery pasażer próbował jeszcze raz mi wyperswadować mój pomysł.
- Daleko, nie ma hotelu, psy! Dzikie i groźne! Jak to po angielsku.... Mam! Wilki! I rabusie - okradną Cię i zabiją dla kilku dolarów. - Kierowca porzucił telefon i dołączył się tworząc Duet Strachów.
- Tak, wilki! Niebezpiecznie, i nikt tu nie jeździ i nie ma autobusów - po czym obaj przeszli do clu programu
- Zrobimy tak: pojedziesz z nami z powrotem do Madaby o hotelu, a jutro rano weźmiesz taksówkę do Źródeł Ma'in.
- Ale ja nie chcę z powrotem i nie chcę do hotelu ? nieśmiało zaoponowałem. W odpowiedzi usłyszałem dalsze argumenty:
- Daleko... wilcy... nie ma autobusu... bandyci... daleko... hotel jest dobry... psy... daleko...
- Rozumiem, ale mnie nie rusza jak jest daleko, hotelu nie potrzebuję, a wilków i bandytów będę unikał.
- Ale to strasznie daleko, już późno, hotel jest w Madabie, wilki, bandyci, daleko, nie ma busa, hotelu, daleko, psy...

Spędziłem tak uroczy kwadrans, w międzyczasie słońce schowało się za horyzontem i czas był ruszać dalej. Że zmarnowany czas, zapytacie? Właściwie i tak miałem przystanąć, by odpocząć kapkę, a oni chcieli mi pomóc, z dobrego serca. Podziękowałem więc, pożegnałem się i założyłem wór na plecy. Panowie pomachali mi jeszcze przez okno, ruszyli i... zawrócili do Madaby. W tym momencie ja się zatrzymałem, ze zdziwienia. Jechali specjalnie do mnie te 5km? Rozmyślili się co do dalszej jazdy? Skąd wiedzieli, że będę na drodze? To byli jacyś akwizytorzy hotelowi? Na przejażdżkę się wybrali? To są skutki zbyt taniej benzyny? O co tu w ogóle chodzi!? Pytania te do dziś pozostają bez odpowiedzi...

zmierzch

Jeżeli chodzi o realne zagrożenia (brak hotelowych ręczników pozostawię w innej skrzyneczce) to mieli rację co do psów. Od czasu do czasu, w tym i dwadzieścia minut po rozstaniu z Panami z Białej Kii, muszę staczać potyczki z psami. Wilki możemy zostawić raczej Czerwonemu Kapturkowi (arab. Zed Ar-Red' Al-Ahuar), w przewodnikach piszą o dzikich psach. Raczej są to psy pozostawione samopas. Nie są takie dzikie, bo żyją nieopodal lub w wioskach. Są dzikie, bo Arabowie niebyt przejmują się humanitarnym traktowaniem zwierząt i psy nauczone są agresji. Są tresowane, bo wystarczy schylić się udając, że podnosi się kamień, a już skaczą do odwrotu. Nie należy jednak ich bagatelizować, bo zazwyczaj jest ich kilka, jak to psy lubią atakować od tyłu i tak czy siak traci się przez nie trochę czasu. Jedynym plusem jest to, że ujadają niemiłosiernie i można trochę lokalizować je na słuch. Problem psów skończył się jak tylko wyszedłem z terenu zabudowanego...

Złapałem stopa, przespałem się na krawędzi głębokiej wadi obok Źródeł Ma'in, złapałem stopa i stanąłem pod zamkiem Mukawir znanym też jako Macherus lub Macheront. I tu znów spotykamy św. Jana Chrzciciela. Zazwyczaj, gdy patrzymy na wizerunki świętych św. Jana łatwo szybko wyłuskać z tłumu, bo ma on dwie głowy - jedną na miejscu, a drugą na talerzu. A wiąże się to właśnie z Mukawirem.

Osady ze źródeł Ma'in.

2000 lat temu tereny te były żyzne i dla ich obrony, na 100 lat przed Chrystusem na szczycie jednego ze wzniesień wzniesiono twierdzę. Jak to z twierdzami bywa kilkadziesiąt lat później ją zniszczono, a potem odbudowano. Czynów tych, choć nie swoimi rękami dokonali Aleksander Jannaj - król Judei, Aulus Gabinius - rzymski generał oraz powszechnie znany Herod Wielki, od rzezi niewiniątek. Następnie, jak to bywa z twierdzami dostała się ona w spadku synowi Heroda W. Herodowi Antypasowi. Nie wiadomo czy Antypas imię zawdzięcza swojemu nastawieniu do uciskania brzucha, ważne jest natomiast, że lubił się zabawić. A że bawić się ciężko samemu poślubił Herodiadę. Tu trochę się gubię, bo Herodiada była wnuczką Heroda Wielkiego i żoną przyrodniego brata Heroda Antypasa, Heroda Filipa. Współcześni im Żydzi też się nieco pogubili i uznali, że taki bałagan niezgodny jest z prawem. Tu na scenę wkracza św. Jan Chrzciciel stając się vox populi, a więc i vox dei oraz jedną z twarzy protestujących. Nie w smak było to rządzącej parze, ale żeby nie było tak prosto intryga się komplikuje. Herodiada chce śmierci św. Jana, namawia więc swoją córkę Salome III, by ta posłużyła się rozpustnym (o tfu!) podstępem.

 Zamek Mukawir

Pewnego wieczora na zamku Mukawir Salome staje przed obliczem Heroda (swojego ojczyma i stryja) i zaczyna przed nim tańczyć taniec siedmiu zasłon. W zamian... spada pierwsza zasłona... chce jedynie... spada druga zasłona... dostać... trzecia zasłona... na tacy... czwarta zasłona... głowę... piąta zas... głowę... szós-ta.. św. Jana! Opada siódma zasłona, kurtyna i topór kata. Pornografia i przemoc, fullHD i 5D. Takie to sceny oglądały kamienie ze ścian zamku Mukawir. Ja oglądałem tylko kamienie.

Wadi - doliny pustynne

Stąd do Morza Martwego jest tylko 7 kilometrów. 90 minut marszu zamieniło się w 3,5 godziny. Droga schodziła w dół i to była jedyna pomoc ze strony przyrody. Nie używana zbyt często miejscami przechodziła w kamieniste osuwiska. Bardziej płaskie fragmenty lekko zarastały, z tym że rośliny najeżone były kolcami wystającymi we wszystkich kierunkach i czyhającymi na moje przechodzące obok stopy. Gotowe były zawsze zaatakować zdradzieckim cierniem, o ile właśnie nie patrzyłem. A do tego upał. Może nie jest to jeszcze lato, ale i ja nie przyzwyczaiłem się jeszcze do żaru lejącego się na mnie z nieba i bijącego od ziemi. A jedyny cień, który był w zasięgu mojego wzroku, to ten rzucany przeze mnie i mój plecak. Krótko mówiąc - wspaniała przygoda, a jeżeli jeszcze dorzucić do tego silny, porywisty i również gorący wiatr oraz bajeczne widoki, to pisząc te słowa mam wielką ochotę złapać plecak i tam wrócić :)

Panorama pustyni.

Droga na pustyni

Kwiat z kolcami.

Zachód słońca na pustyni.

Spałem z widokiem na Morze Martwe.

Zachód nad Morzem Martwym.

piątek, 27 maja 2011, endoftheworld

Polecane wpisy