podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
Blog > Komentarze do wpisu
Na kielicha z Ahmedem

Zamachałem ręką i samochód się zatrzymał. I tak właśnie powinno być na stopie. Pierwszy samochód i jedziesz. Pod tym względem wszystkie odwiedzane przeze mnie kraje podczas tej wyrypy są do siebie podobne. Nigdy nie czekałem na okazję dłużej niż 15 minut, a często zdarzało się, że kierowcy sami, bez dawania im jakichkolwiek znaków, zatrzymywali się i proponowali podrzucenie. Może plecak jest takim znakiem? Ale bez przesady, nie jest aż tak wielki.
W każdym bądź razie jadę. Cieszę się, bo jadę pod górę. Bez stopa musiałbym drałować asfaltem i w pocie czoła zdobywać wysokość. A bez tego jest i tak gorąco. Atmosferę wypełniają standardowe pytania. Skąd, dokąd, czy żonaty, ja pracuję w hotelu, a ja jestem geografem. Aż pojawia się jedno mniej typowe: czy chcę wody? Skwar doskwiera, więc z miłą chęcią, czemu nie! Tu mój kierowca się odwraca, by poszukać butelki gdzieś na tylnej kanapie. Przyzwyczaiłem się do takich gimnastyk i różnych innych dziwnych zachować arabskich kierowców. Zerkam, to do tyłu, to na drogę. Wtem mój towarzysz odwraca się i z szelmowskim uśmiechem pyta: a może chcesz piwa? A żar z nieba leje się nadal, pytanie więc zawisło w tym żarze. Ba! Pewnie. Ostatnie piwo mogłem wypić w Turcji, a mamy już Jordanię. Mój menager hotelowy sięga pod fotel i wręcza mi zimną puszkę Amstela. Hej, znam to piwo! Okazuje się, że najpopularniejszym w Jordanii browarem jest ten z Holandii. Wypijam tylko jedno, w końcu kierowca też sobie wyjął puszkę i muszę trochę patrzeć na drogę. Samochód jedzie jednak prosto tam, gdzie prosto i zygzakiem tam, gdzie droga wije się zygzakiem. Niemniej wiem, co tu się wyprawia na trzeźwo i wolę się pilnować. Arabowie nie potrafią pić.

Mauzoleum Khalila Gibrana.

Zamachałem ręką i samochód się zatrzymał. Właściwie nie powinien, oficjalnie jest to teren jakiejś syryjskiej bazy wojskowej czy poligonu. Nie powinno go tu w ogóle być. Mnie, oficjalnie, moja znajomość arabskiego oraz inteligencja okazywana pozwala na to wykroczenie. W końcu tabliczki były tylko po arabsku i nie było szlabanu. Ale tu się nikt takimi rzeczami nie przejmuje, a na pewno już nie ten miły, starszy pan za kierownicą.
Myślałem, że to wpływ arabskich zwyczajów. Koniec końców droga jest już na pustyni, a wędrowcy w takich sytuacjach mają obowiązek sobie pomagać. Tradycja jest tradycją, a dodatkowo tu ma ona bardzo utylitarne podłoże. Jednak to nie tylko tradycja, bo gdy dojechaliśmy do drugiego końca wojskowych włości na tym końcu był już szlaban i wartownik. Żołnierz tylko się wyprężył, zasalutował i podniósł szlaban bez zbędnych dyskusji.
- Bo widzisz - odezwał się mój kierowca - masz szczęście, ze mną nie zginiesz. Ja tu jestem generałem - i przycisnął gaz do dechy. 120 na drodze krajowej to chyba ograniczenie dla generałów.
Droga była prosta, więc mój gospodarz postanowił ją trochę uatrakcyjnić, też chyba już tradycyjnie. Dostałem plastikowy kubeczek i do niego, do połowy ciepłej pepsi. Nie lubię pepsi, zwłaszcza ciepłej, ale co tam, to w końcu generał. Generał zaś z papierowej torby wyciągnął miejscową whisky i dopełnił kubeczki mi i sobie. Wódy na myszach też nie lubię, ale co tam, raz się żyje. Zwłaszcza że podczas całej tej operacji barmańskiej nadal grzaliśmy ponad stówę. Wisienką na torcie były jednak kostki lodu wygrzebane z wypełnionej wodą plastikowej torebki.
I w Jordanii i w Syrii można legalnie kupić alkohol. Owszem, większość mają tu muzułmańską, ale alkohol jest legalny. I nikt nie żąda dowodu wiary przy zakupach. Poza tym, jak w każdej religii, są ci, którzy przykazań przestrzegają i ci, którzy robią to trochę rzadziej. A mój generał służył ostatecznie Republice Arabskiej nie Islamskiej. Więc chlup, ku chwale Ojczyzny! Choć pozostało we mnie jedno pytanie: przecież wiózł tą butelczynę, lód i kubeczki nie na moje powitanie...

Arabskie puszki pepsi i coca-coli.

Zamachałem ręką i samochód się zatrzymał. Byliśmy na miejscu, pod monopolowym. Nic szczególnego w Bejrucie - Liban nie jest krajem muzułmańskim. Trudno go nawet nazwać arabskim. Alkohol dostępny jest jak u nas, a w stolicy może nawet bardziej. Choć patrząc po półkach raczej jest sprowadzany, jak większość rzeczy w tym kraju, niż produkowany na miejscu. Oferta szeroka i kosmopolityczna: od Jacka Danielsa po tureckie piwo Efez. My jednak wzięliśmy najpopularniejsze w regionie drinki z wódką. Mój gospodarz z jakimś napojem energetycznym, jak przystało na miejscowego, ja z jakimś aromatem identycznym z naturalnym.
Wyszliśmy na ulicę i odkręciliśmy kapsle. Tak, tu życie ułatwiają odkręcane kapsle, nie trzeba kombinować, gdzie są klucze, gdzie jakaś ławka. "Cheers", stuknęliśmy się butelkami, "na zdrowie".
- Wiesz, że w Polsce byśmy tak nie mogli? - zapytałem.
- Ale o co ci chodzi?
- Nie byśmy nie mogli tak iść ulicą i pić alkoholu. Mamy zakaz picia w miejscach publicznych.
- CO!? Ha, ha... Tu, w Libanie wszystko wolno - uśmiechnął się
- Widzisz, i to jest właśnie paradoks! Nielegalnym jest picie w kraju, który ma sławę jednego z najtężej pijących. Nawet jest wzmianka w encyklopedii Britanica. - zaśmiałem się ? Nie mógłbym się upić na ulicy w pijackim kraju, więc pojechałem to zrobić do Arabów.
- Heh, świat jest pokręcony.
- Rosjanie mówią: bez wodki nie razbierjosz.

Butelki po drinku Buzzz.

niedziela, 21 sierpnia 2011, endoftheworld

Polecane wpisy