podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
Blog > Komentarze do wpisu
Policyjna Panika III

Jestem w Homs. Jestem turystą. Wychodzę z założenia, że jak czegoś nie wolno fotografować, to jest na takim obiekcie tabliczka. Wybiegający z drzwi strażnik w klapkach i z karabinem pamiętającym chyba służbę wojskową mojego dziadka wyprowadził mnie z błędu. Za nim wybiegł jego okrąglutki partner, który jak się okazało, był mniej nerwowy. Może dlatego, że mówił trochę po angielsku. Sfotografowałem Departament Wodny czy coś w tym rodzaju. Ot, budynek, na nim napis i portret Prezydenta Ojca. Zaraz potem podjechała taksówka i wyskoczyło z niej trzech facetów w skórzanych kurtkach. Mógłbym napisać ?karków?, gdyby to była rosyjska mafia, ale ponieważ była to syryjska policja, mieli bardziej owłosione głowy oraz środek ciężkości nieco niżej. W zasadzie już przywykłem do takich sytuacji. Najpierw ktoś krzyczy, potem przyjeżdża policja po cywilnemu, nikt nie mówi po angielsku. Panowie zaprosili mnie do taksówki i pojechaliśmy w nieznane. Nie tak znowu daleko, dwie przecznice dalej. Tu przestało być tak wesoło, bo przy krawężniku stało siedmiu innych, podobnych, ale z kałachami. Pogadali, poplotkowali, ktoś jeszcze przyjechał i polecono mi wysiąść, oddać paszport i usiąść na ogrodowym plastikowym krzesełku na trawniku pod drzewem. Cierpliwie czekałem na rozwój wypadków. Czas jednak upływał, a nie za wiele się zmieniało, poza ludźmi z bronią. Tworzyli oni coś w rodzaju rogatek mając w odwodzie dwie taksówki i dwa mikrobusy na co dzień używane do transportu publicznego. Byli wśród nich i stateczni ojcowie rodzin z czarnym wąsem i wydatnym brzuszkiem, jak i zupełnie młodzi, w dżinsowych bluzach z błyszczącym napisem "Armani". Niemniej wszyscy pod bronią, którą traktowali jako coś naturalnego. Uderzał kontrast pomiędzy wyglądem żołnierzy mafii, a zachowaniem ciekawskich nastolatków. Zdecydowanie nie wiedzieli co ze mną zrobić, a jednocześnie wszyscy z osobna częstowali mnie papierosami i chcieli wiedzieć jak mam na imię, skąd jestem, co robię, czy mam żonę. Standardowy zestaw pytań.
Mężczyźni zmieniali się co jakiś czas, a ja zdążyłem już zacząć się nudzić i nieco zmarznąć, bo słońce wybijało wpół do siódmej. Któryś z nowych podszedł do mnie i wyszczerzony powiedział ?Welcome to Syria?. Chyba podobnie zareagowałem też na późniejszą wizytę jakiś kolegów moich strażników, którzy zapytali jak się miewam. W ciągu dwóch godzin cierpliwego czekania zdołałem się dowiedzieć jedynie, że po mieście grasują bandyci, że są oni inspirowani przez Izrael i strzelają do ludzi, a zwłaszcza do obcokrajowców i że to wszystko dla mojej ?security?. Ja w tym czasie słuchałem ich słów, pogryzałem zielone migdały, którymi mnie poczęstowali i próbowałem się dowiedzieć czemu właściwie w Syrii policja nie ma mundurów i po mieście jeździ taksówkami. Football? Barcelona or Real Madrid? Usłyszałem w odpowiedzi. Barcelona. Nie wiem czemu, ale prawie wszyscy Syryjczycy kibicują Barcy. Viva Messi! Ronaldo lamus!
Zaczęło się zmierzchać, po raz kolejny rozległo się wezwanie do modlitwy, a ja dojadałem szaormę, którą mnie poczęstowano i ogrzewałem się pod kurtką jednego z moich tymczasowych towarzyszy. Chłopaki pytali jeszcze, czy wiem jak się nazywa ich prezydent, mówili, że go kochają i że to dla mojego bezpieczeństwa, żeby mnie nie zastrzelono na mieście. Po czym wsadzono mnie z dwoma policjantami do małego autobusu i pojechaliśmy w nieznane, ale tym razem zupełnie inne. Pogryzałem wręczone mi zaraz przed wyjazdem słone pestki słonecznika i podziwiałem widoki za oknem.
Przejechaliśmy przez kawałek miasta, potem przez szlaban, bramę, zaporę i kolejną wartę z karabinami. Komenda, jednostka, baza. Siedziba. Wysiedliśmy i stanęliśmy przed wejściem do budynku. Jeden z moich konwojentów poszedł do ciężkich metalowych drzwi wymienić hasło i papiery, drugi czekał ze mną. Gdy przyszła chwila wejścia, polecono mi wyrzucić pestki pod ścianę. Nie można do środka tak z pestkami słonecznika w ręku.
W budynku zostałem przejęty przez innego policjanta, również bez munduru, który poprowadził mnie przez korytarze. Mijaliśmy ludzi pod bronią nerwowo przestępujących z nogi na nogę i palących papierosy jak zwykle. W powietrzu wisiała ta sama atmosfera niepokoju i codzienności. Weszliśmy na drugie piętro i do gabinetu. O ile korytarze były w miarę czyste, ale dość dawno odnawiane po raz ostatni, to gabinet był świeżo odmalowany. Posadzono mnie na skórzanym fotelu i zadano standardowy zestaw pytań. Częściowo z obowiązku, częściowo z ciekawości. Ale człowiek, który to robił mówił po angielsku lepiej od swoich podwładnych i wyjątkowo miał na sobie mundur, z tym że wojskowy. Może zostałem szpiegiem? Przeszło mi przez głowę. Pytania o moją trasę w Syrii. To tak wschodnie. From Turqia to Aleppo, from Aleppo to Ebla, from Ebla to Maarat al Nooman, from Maarat to Hama, from Hama to Qasribnwardan, from Qasribnwardan to Salamieh and Qalat AshShamamis and from Salamieh to Homs. Co jakiś czas miejscowi pomagali mi w ten sposób zapamiętać kolejne etapy mojej podróży. Aparat, czy może zobaczyć moje zdjęcia. To też już znałem z kontaktów z policją i miałem problem z utrzymaniem śmiechu jedynie w postaci uśmiechu. Ci, co mnie znają, wiedzą ile robię zdjęć. Ten był cierpliwy, mimo mojego opisywania poszczególnych fotografii i przetrzymał jakieś dwie setki zanim powiedział dość. W tej podróży wspomnień nie wyjechaliśmy nawet z Aleppo...
Pojawił się kolejny policjant (jak mogę się domyślać, bo też był bez munduru) i zabrał mnie piętro niżej do innego pokoju. Widać straciłem na znaczeniu i trafiłem do niższej szarży, bo był to już pokój, a nie gabinet. Mój przewodnik wziął się do spisywania tego co mówiłem zadając niezbyt oryginalne pytania. On jednak mówił bardzo dobrze po angielsku. Przyszedł jego zwierzchnik w dresie i z ręcznikiem na szyi i zasiadł za biurkiem. Podłączono mu telefon do ładowania (tu szefowie chyba nigdzie nie robią tego sami) i polecił mojemu przewodnikowi przejrzeć jeszcze raz moje zdjęcia i zajrzeć do mojego laptopa. Dla mojego bezpieczeństwa, jak zostałem poinformowany. Oglądanie zdjęć zakończyło się zdecydowanie szybciej, w laptopie chcieli zobaczyć wysyłane maile i zdjęcia, które wysyłałem. W związku z bardzo oględną znajomością polskiego przez moich gospodarzy, to ja wszystko pokazywałem.
Znów coś pogadali, popisali i wraz z paszportem zostałem zabrany jeszcze niżej do sutereny. Zostałem wprowadzony do pomieszczenia cztery na pięć metrów, zakratowane okienko, goła żarówka, metalowe łóżko w kącie. Gdyby nie miękkie krzesła, biurko i jakiś stoliczek... W środku czekało na mnie jeszcze niższy szarżą pracownik służb i dwóch jego podkomendnych. Standardowy zestaw pytań, ale wspomożony herbatą. Ci próbowali nawet obejrzeć zdjęcia w mojej komórce. Tak, mam polskie menu i, jak się okazało, zachwycające zdjęcia. Taaak, tapety firmowe Nokii są niczego sobie. Trzecia godzina mojej przygody minęła już jakiś czas temu i teraz najbardziej obawiałem się tego, że wszystko mi się pomiesza, te miejsca, ludzie i podobne do siebie sytuacje. Ech, może faktycznie coś ze mną jest nie tak? Mój przewodnik przyszedł znów coś napisać, oddał mi paszport, powiedział, że poinformowali moją ambasadę, że mnie mają... nie, to znaczy, że jestem u nich pod opieką i wszystko jest ze mną w porządku oraz że wszystko się uspokaja i za pół godziny będę mógł sobie pójść. A po paru kolejnych wysmażonych kartkach i kursach do innych pokojów został z nami i to była już zwykła rozmowa, jakbyśmy byli u któregoś z nich w domu. Za bramą znalazłem się już mocno po 21. Może jutro dowiem się co tak naprawdę się działo.

A, i nadal nie wiem czemu Izraelczycy szykowali na mnie zamach i czemu policjanci używają taksówek jako radiowozów.

--------------------------------------

BBC podało, że były w mieście demonstracje i pogrzeby ofiar piątkowych demonstracji. I że następne pogrzeby też będą, bo służby bezpieczeństwa strzelały do ludzi. Nic nie widziałem. Nic nie słyszałem. I to mnie przeraża najbardziej - w tym samym mieście zabijają ludzi, a można mnie od tego odizolować. Zostałem zwyczajnie przytrzymany za rogiem.

--------------------------------------

Policyjna Panika III - Post Scriptum

Dojechałem busem do zapadłej wiochy. Tak zapadłej, że aż w sąsiedztwie powstało jezioro. Nie chciałem czasu niepokoju spędzać w mieście. Zwłaszcza, że ostatnio zbyt często jak na mój gust lądowałem na posterunkach policji. Zanim wysiadłem już zebrał się mały tłumek, wezwano dziewczynę biegłą w językach obcych:

- Czemu tu przyjechałeś? To nie jest dobry czas. Syria jest naprawdę piękna. Wiesz... Welcome to Syria, welcome in other time... -

wtorek, 06 września 2011, endoftheworld
Tagi: Syria Policja

Polecane wpisy