|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Co czytam, gdy muszę zrobić coś na wczoraj
Tagi
|
wtorek, 27 września 2011
Wodzu, mój Wodzu!
Siedzę w supermarkecie na kasie. Takim samym supermarkecie jak u Was na Zachodzie. No, mniej więcej takim samym. Siedzę na kasie i nabijam oliwki, jogurt, daktyle, baraninę. Zza kasowego monitora spoglądają na mnie czujne oczy skryte za ciemnymi okularami. Czy mnie pilnuje? A może jestem dla Niego tylko ziarnkiem piasku w tłumie na pustyni. Czy On o mnie pamięta? O moich urodzinach raczej nie, ale dzięki Niemu mam pracę. To od Niego. I broni mnie przed Ameryką, która tylko czyha na nasze bogactwa. I przed Izraelem, Francją, Wielką Brytanią, Turcją, Libanem i każdym innym naszym wrogiem, którego mogę poznać dzięki naszym gazetom. Ufam naszym politykom, żołnierzom, policjantom, służbom bezpieczeństwa.
Siedzę przed automatem do lodów. Sprzedaję lody. Mamy ich trzy rodzaje: małe, średnie i duże. Dlatego wywiesiliśmy portrety naszego Prezydenta. Jest Baszir Asad poważny, garniturze i z wyciągniętą szyją, jest i wyniosły. Dla dobrych obywateli jest uśmiechnięty, a dla wrogów jest w mundurze, za ciemnymi okularami i z kanciastą czaszką. Wszyscy wywieszamy portrety naszego Prezydenta, bo go kochamy. Jest naszą nadzieją i naszą ostoją. On jest Syrią.
Siedzę za kółkiem mojego dostawczaka. Nie chcę mieć problemów z władzami, ale tak naprawdę mnie to nie obchodzi. Nie mam na to wpływu i nic na to nie poradzę, że przy władzy są ci a nie inni. Taka jest już wola Allaha, Przyjacielu. Tak, przykleiłem portrety Asada na tylnej szybie. W zasadzie i tak nie używamy przecież wstecznych lusterek, wiesz jak się tu jeździ. Dla żartu przykleiłem dwa, w lustrzanym odbiciu. Jeden patrzy na drugiego, taki zamyślony. Jakby się zastanawiał co ten drugi właściwie robi i co to dalej będzie. Pytasz mnie co dalej będzie? Co będzie to będzie, Przyjacielu. Inszallah. Będzie jak Bóg zechce.
Siedzę sobie w herbaciarni. Jedna herbata goni drugą. Rozmawiam o piciu herbaty, o paleniu fajki wodnej, o Ramadanie. Przypiąłem do plecaka malutką flagę syryjską, którą dostałem od jednego z przechodniów. Lubię te otaczające mnie uczucia patriotyzmu. Nie pytam jednak o politykę. Nie wiem z kim rozmawiam. O siebie się nie boję. Kalkuluję, że najwyżej mnie deportują. Coś by mnie to kosztowało, ale to tylko pieniądze. Moi rozmówcy jednak mogliby zapłacić o wiele wyższą cenę. Nie stać mnie na to. Nie usłyszałem żadnej z powyższych historii. Wymyśliłem je sobie. Może moi bohaterowie mieli zupełnie inne pobudki przyklejając taśmą klejącą kupione na bazarze plakaty. Niektórzy z nich założyli też koszulki z podobizną prezydenta, inni noszą czarne koszule. Nie wiem czy subtelne niuanse są istotne czy nie. Czym różni się wywieszenie syryjskiej flagi klasycznej od tej z prezydentem między gwiazdkami. Kłuje mnie nieznajomość arabskiego. Czasem mogę się domyśleć teatralności prorządowych demonstracji wspomaganych przez policję, ale częściej tylko zgaduję. Muszę jednak zgadywać po cichu, bo zewsząd śledzą mnie skryte za ciemnymi okularami oczy.
Turecki PS. Mustafa Kemal? Ojciec Turków, Ataturk. Jadę przez Turcję i widzę go wszędzie. Ataturk w cytatach, Ataturk na plakatach, pomniki Ataturka, muzea w Domach Ataturka, gdzie Mustafa Kemal nocował choć jedną noc, szkoły imienia Ataturka, przedszkola imienia Mustafy Kemala, biurka przy których Ataturk siedział, pociągi którymi Ataturk jeździł. Świecki święty, brązowy pomnik wodza narodu, Ojca Turków. Jadąc przez Turcję Mustafa Kemal jest jak stukot kół - AtaturkAtaturkAtaturkAtaturk. Czym się różni do Baszira Asada? Nie żyje i nie rządzi. Ale czy to tak naprawdę jest taka istotna różnica?
wtorek, 20 września 2011
Prawda - wpis administracyjny
Filozofowie przez wieki głowili się nad problemem: "jaka prawda jest". Drodzy Czytelnicy, prawda jest taka, że powróciłem do Polski. "Szok!" powiedzieli niektórzy, inni nieco dosadniej tradycyjnym słowem oznaczającym kobietę oddającą swe ciało dla profitów finansowych (ale rozgrzeszmy ich, bo jak sami się przyznali, prędzej spodziewali się zobaczyć ducha). Ot, wyskoczyłem jak królik z kapelusza i zamachałem uszkami. Choć z drugiej strony nie wróciłem tak na prawdę - przepakowałem plecak i pojechałem w Tatry zobaczyć narybek geografów na obozie integracyjnym. Trzeba jakoś stopniować powroty :)
Choć właśnie, czy na prawdę trzeba? Wróciłem autostopem, zajechałem wieczorem do domu i właściwie zrobiłem dokładnie to samo, co robię wracając z tygodniowego wyjazdu. Powtarzam sobie zawsze pakując plecak, że niewielka to różnica czy jadę na tydzień czy na miesiąc - pakuję mniej więcej to samo. Okazuje się, że z powracaniem jest podobnie. Nie za bardzo ma znaczenie ile Cię nie było. Oczywiście jakieś różnice są: jest trochę więcej opowieści, spotkań, zdjęć, osób do obdzwonienia, maili do odebrania. Jednak okazuje się, że kiedyś zacząłem traktować życie w domu jako formę podróżowania. Jest to po prostu kolejny przystanek na drodze. Ja nie wracam, ja się zatrzymuję w miejscu, które znam już bardzo dobrze i czuję się w nim swojsko, ale też nie przestaje mnie ono zadziwiać. Nie było szoku "odnajdywania się w Polsce", "powrotnej aklimatyzacji" itp. Przyjechałem, odstawiłem plecak i po prostu byłem w miejscu, w którym po łyżeczki do herbaty sięgać mogę z zamkniętymi oczami w środku nocy.
Odpowiadałem już na pierwsze pytania "jak było". Odpowiedzi były zdawkowe albo były prośbą o uściślenie. Równie dobrze mógłbym zapytać Was "jak było tu". Pewnie odpowiedź brzmiałaby "OK", "normalnie", "jakoś zleciało". To jak u mnie! Trudne są te odpowiedzi, bo pytający oczekują ode mnie chyba czegoś innego. Staram się jak mogę, ale jak tu streścić w paru słowach pół roku doświadczenia? Bo czuję, że ten wyjazd był jak przejechanie mokrą gąbką po zabłoconej szybie. Otworzyły mi się oczy na zupełnie nowe rzeczy, a stare zrozumiałem w nowy sposób. Powiew świeżości przeleciał mi przez głowę i trochę w niej poprzestawiał. Potrząśnięta głowa poprzestawiała myśli jak w kalejdoskopie. Nie, bynajmniej nie mówię o Oświeceniu! Po prostu mogłem popatrzeć na wszystko z innej perspektywy. Tak naprawdę nie sposób opowiedzieć o tych widokach, warto o nich opowiadać, ale opowiedzieć nie da się. Co dalej? Kto to wie. Następne podróże? Zapewne będą, dokąd to się okaże, kiedy zobaczymy. Na razie mam w planach parę rzeczy do zrobienia tu gdzie jestem. Usłyszałem, że "no pewnie, że wyjadę jeszcze, bo podróże są jak nałóg". Nie, to chyba nie tak. Podróże, małe i duże, są po prostu drogą, którą idę. Niektórzy idą do biura, ja idę do innych krajów. Zwyczajnie, bez fanfar i fajerwerków, z plecakiem zamiast teczki, ale tym samym krokiem. Nie lepszy-gorszy, a taki sam.
Podróż skończona, ale ponieważ formuła tego bloga zakładała pewien poślizg czasowy posty będę jeszcze tu umieszczał jeszcze przez chwilę. A potem następny wyjazd i ciąg dalszy nastąpi. Czyli opowieść się jeszcze nie kończy, ale już można mnie spotkać na ulicy :)
poniedziałek, 12 września 2011
Policyjna Panika IV
Klęczę na asfalcie i nie mogę nabrać powietrza do płuc. Jest 5:15 rano. Dziwny czas na klęczenie na drodze. Nie wiem czy facet, który stoi nade mną też tak myśli. Jest starszy, mógłby być może moim dziadkiem. Na co dzień jest zwykłym wieśniakiem, szedł gdzieś rankiem ze swoim osiołkiem. Ma krzepę, to trzeba przyznać. Bez bicia. Zna się na tym co robi. Stoi nade mną i mnie dusi. Nie bije, pewnie w wojsku nauczył się jakichś chwytów ju-jitsu albo judo. Może był komandosem, może żandarmem. Nie mówi po angielsku za to sądzę, że wiadomości z telewizji zna doskonale. Reżim wprowadził wojska do Hamy. Na ulicach pojawiły się czołgi. Całe sąsiedztwo miasta zostało zamknięte kordonem. Zupełnie jak w Darze. Ja, po nocy spędzonej na polu, wszedłem do wioski właśnie od strony Hamy. Duszę się, choć jednocześnie jestem dziwnie spokojny. Drugi dziadek próbuje się dobrać do mojego plecaka. Ból i strach stłumiła kuriozalność całej sytuacji. O świcie dwóch staruszków powaliło na asfalt włóczącego się, bardzo obcego turystę. Choć z ich punktu widzenia wygląda to zupełnie inaczej. Oto pojawił się nagle poszukiwany od 12h zbieg. W telewizji mówili, że w Hamie Żydzi, będący amerykańskimi szpiegami strzelają do Syryjczyków. Kraj jest zagrożony. Ojczyzna wzywa. Nie czas na gościnność. O prawach człowieka nie słyszano tutaj. Do boju! Szał i propaganda zaślepia umysły. Mam tylko nadzieję, że nic nie zniszczą. To agresywni, bardzo emocjonalnie działający ludzie. Nieodpowiedzialni i impulsywni. Nasza logika jest im obca i ta różnica tworzy między nami konflikt. W czasie, gdy dziadek próbował mnie powalić i związać na drodze zatrzymała się furgonetka. Zwykła taka. Biały van. Wysiadł kierowca spokojnie podszedł do nas i zdzielił mnie pięścią w twarz. Nie pomógł dziadkowi. Nie zrobił nic więcej. Po prostu wsiadł i odjechał. Spodziewałem się pyskówki. Policji. Spisywania, przesłuchiwania, marnowania mojego czasu. Byłem na to przygotowany i spokojny. Nie byłem w Hamie, nie miałem żadnych kontaktów z demonstrantami, nie jestem dziennikarzem. Mam ze sobą aparat i to jedyny obciążający mnie zarzut. Ale właśnie rzeczywistość mnie zaskoczyła i stoję na poboczu z rękami związanymi jakimś sznurkiem z odzysku, otoczony przez zaciekawiony tłumek. Oto tajne służby złapały szpiega. Duch w narodzie nie ginie. Ja stanowię jednoosobowy symbol wroga. Wezwano policję. Ja też domagałem się wezwania policji. Na każde zadane pytanie odpowiadałem: "police". Policja w Syrii coś sobą reprezentuje, nie przyjmują byle kogo do policji. Tajne służby to społeczne doły. Biedni, niewykształceni, ogłupieni. Ślepi w swoim zacietrzewieniu i poczuciu misji. Wolę mieć do czynienia z mundurowymi. W międzyczasie okazało się, że dziadkowie szukali u mnie w plecaku broni. To tłumaczy czemu nie chcieli rozmawiać. Uzbrojonego szpiega należy obezwładnić i przeszukać niezwłocznie. W miarę jak domagałem się wezwania policji i emocje opadały otaczającym mnie robiło się głupio. Ludzie po cichu odchodzili do swoich zajęć. Rozwiązano mnie. Ktoś zaproponował pójście do domu na herbatę. Kwadrans temu byłem szpiegiem, teraz mam być gościem. Odmówiłem. Takie zachowanie już spotykałem u Arabów. Nic się przecież nie stało, chodź na herbatę, wszystko jest w porządku. Nie potrafią przepraszać, nie potrafią przyznać się do błędu. To wspaniali ludzie, ale czasem zachowują się jak rozwydrzone dzieciuchy. Po długim czasie oczekiwania, po wymianie prawie wszystkich ludzi w otaczającym mnie tłumie i, oczywiście, po odejściu obu dziadków-strażników ładu przyjechała policja. Znudzeni i nie chcący mieć z tym wszystkim nic wspólnego dwaj mundurowi odwieźli mnie na posterunek. Spisali moje dane z paszportu i zostawili mnie w spokoju. Co do ataku nie mieli zamiaru nic robić i zbywali to nagłym nierozumieniem angielskiego. Zebrałem się więc i poszedłem dalej. W zasadzie nic mi się nie stało. Panika na prowincji nie zaraziła policji. Gorzej. Tam zaraziła prostych ludzi. Strach ze służbowego stał się prywatnym. Hamę musiałem ominąć szerokim łukiem. Autobus jechał bocznymi drogami, gubiąc się co jakiś czas. Co 20 minut postój na kontrolę dokumentów pasażerów. Wojska zupełnie nie interesował samotny obcokrajowiec. Z listami numerów dowodów osobistych odsiewali poszukiwanych przez władze. Wojsko na cel wzięło Syryjczyków. Dwa dni później przeczytałem w gazetach, że w starciach zginęło prawie 60 osób. Może mijałem tych ludzi na ulicach? Może kupowałem u nich chleb? Razem śmialiśmy się przy herbacie? Nagłówki strasznie odległej Arabskiej Wiosny to coraz bardziej też moja osobista sprawa.
wtorek, 06 września 2011
Policyjna Panika III
Jestem w Homs. Jestem turystą. Wychodzę z założenia, że jak czegoś nie wolno fotografować, to jest na takim obiekcie tabliczka. Wybiegający z drzwi strażnik w klapkach i z karabinem pamiętającym chyba służbę wojskową mojego dziadka wyprowadził mnie z błędu. Za nim wybiegł jego okrąglutki partner, który jak się okazało, był mniej nerwowy. Może dlatego, że mówił trochę po angielsku. Sfotografowałem Departament Wodny czy coś w tym rodzaju. Ot, budynek, na nim napis i portret Prezydenta Ojca. Zaraz potem podjechała taksówka i wyskoczyło z niej trzech facetów w skórzanych kurtkach. Mógłbym napisać ?karków?, gdyby to była rosyjska mafia, ale ponieważ była to syryjska policja, mieli bardziej owłosione głowy oraz środek ciężkości nieco niżej. W zasadzie już przywykłem do takich sytuacji. Najpierw ktoś krzyczy, potem przyjeżdża policja po cywilnemu, nikt nie mówi po angielsku. Panowie zaprosili mnie do taksówki i pojechaliśmy w nieznane. Nie tak znowu daleko, dwie przecznice dalej. Tu przestało być tak wesoło, bo przy krawężniku stało siedmiu innych, podobnych, ale z kałachami. Pogadali, poplotkowali, ktoś jeszcze przyjechał i polecono mi wysiąść, oddać paszport i usiąść na ogrodowym plastikowym krzesełku na trawniku pod drzewem. Cierpliwie czekałem na rozwój wypadków. Czas jednak upływał, a nie za wiele się zmieniało, poza ludźmi z bronią. Tworzyli oni coś w rodzaju rogatek mając w odwodzie dwie taksówki i dwa mikrobusy na co dzień używane do transportu publicznego. Byli wśród nich i stateczni ojcowie rodzin z czarnym wąsem i wydatnym brzuszkiem, jak i zupełnie młodzi, w dżinsowych bluzach z błyszczącym napisem "Armani". Niemniej wszyscy pod bronią, którą traktowali jako coś naturalnego. Uderzał kontrast pomiędzy wyglądem żołnierzy mafii, a zachowaniem ciekawskich nastolatków. Zdecydowanie nie wiedzieli co ze mną zrobić, a jednocześnie wszyscy z osobna częstowali mnie papierosami i chcieli wiedzieć jak mam na imię, skąd jestem, co robię, czy mam żonę. Standardowy zestaw pytań. A, i nadal nie wiem czemu Izraelczycy szykowali na mnie zamach i czemu policjanci używają taksówek jako radiowozów. -------------------------------------- BBC podało, że były w mieście demonstracje i pogrzeby ofiar piątkowych demonstracji. I że następne pogrzeby też będą, bo służby bezpieczeństwa strzelały do ludzi. Nic nie widziałem. Nic nie słyszałem. I to mnie przeraża najbardziej - w tym samym mieście zabijają ludzi, a można mnie od tego odizolować. Zostałem zwyczajnie przytrzymany za rogiem. -------------------------------------- Policyjna Panika III - Post Scriptum Dojechałem busem do zapadłej wiochy. Tak zapadłej, że aż w sąsiedztwie powstało jezioro. Nie chciałem czasu niepokoju spędzać w mieście. Zwłaszcza, że ostatnio zbyt często jak na mój gust lądowałem na posterunkach policji. Zanim wysiadłem już zebrał się mały tłumek, wezwano dziewczynę biegłą w językach obcych: - Czemu tu przyjechałeś? To nie jest dobry czas. Syria jest naprawdę piękna. Wiesz... Welcome to Syria, welcome in other time... -
piątek, 02 września 2011
Policyjna Panika II
To nie był słoneczny dzień. Wręcz przeciwnie ? szare, niskie chmury snuły się po niebie, a deszcz starał się siąpić, z mizernym skutkiem. Wysiadłem z autobusu w Homs w Wielką Sobotę, choć tu była to dość zwyczajna sobota. No, może nie do końca. Wyszedłem z dworca już wkurzony przez taksówkarzy, którzy przed dworcem dołożyli mi jeszcze dodatkowo trochę irytacji. Nie, nie potrzebuję taksówki. NIE. |