podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
czwartek, 10 października 2013
Bęc! zmiana

!Hola!

W związku ze zmianami ogólnymi jakie zaszły od mojego powrotu z Bliskiego Wschodu zapraszam w nowe miejsce, do nowych przygód na:

dwaplecaki.wordpress.com/

Też są literki i obrazki

Do zobaczenia

11:47, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2011
Wodzu, mój Wodzu!

Główny plac Aleppo.

Siedzę w supermarkecie na kasie. Takim samym supermarkecie jak u Was na Zachodzie. No, mniej więcej takim samym. Siedzę na kasie i nabijam oliwki, jogurt, daktyle, baraninę. Zza kasowego monitora spoglądają na mnie czujne oczy skryte za ciemnymi okularami. Czy mnie pilnuje? A może jestem dla Niego tylko ziarnkiem piasku w tłumie na pustyni. Czy On o mnie pamięta? O moich urodzinach raczej nie, ale dzięki Niemu mam pracę. To od Niego. I broni mnie przed Ameryką, która tylko czyha na nasze bogactwa. I przed Izraelem, Francją, Wielką Brytanią, Turcją, Libanem i każdym innym naszym wrogiem, którego mogę poznać dzięki naszym gazetom. Ufam naszym politykom, żołnierzom, policjantom, służbom bezpieczeństwa.

Kasa w supermarkecie.

Siedzę przed automatem do lodów. Sprzedaję lody. Mamy ich trzy rodzaje: małe, średnie i duże. Dlatego wywiesiliśmy portrety naszego Prezydenta. Jest Baszir Asad poważny, garniturze i z wyciągniętą szyją, jest i wyniosły. Dla dobrych obywateli jest uśmiechnięty, a dla wrogów jest w mundurze, za ciemnymi okularami i z kanciastą czaszką. Wszyscy wywieszamy portrety naszego Prezydenta, bo go kochamy. Jest naszą nadzieją i naszą ostoją. On jest Syrią.

Plakatowe wcielenia Prezydenta.

Siedzę za kółkiem mojego dostawczaka. Nie chcę mieć problemów z władzami, ale tak naprawdę mnie to nie obchodzi. Nie mam na to wpływu i nic na to nie poradzę, że przy władzy są ci a nie inni. Taka jest już wola Allaha, Przyjacielu. Tak, przykleiłem portrety Asada na tylnej szybie. W zasadzie i tak nie używamy przecież wstecznych lusterek, wiesz jak się tu jeździ. Dla żartu przykleiłem dwa, w lustrzanym odbiciu. Jeden patrzy na drugiego, taki zamyślony. Jakby się zastanawiał co ten drugi właściwie robi i co to dalej będzie. Pytasz mnie co dalej będzie? Co będzie to będzie, Przyjacielu. Inszallah. Będzie jak Bóg zechce.

A to kto?

Siedzę sobie w herbaciarni. Jedna herbata goni drugą. Rozmawiam o piciu herbaty, o paleniu fajki wodnej, o Ramadanie. Przypiąłem do plecaka malutką flagę syryjską, którą dostałem od jednego z przechodniów. Lubię te otaczające mnie uczucia patriotyzmu. Nie pytam jednak o politykę. Nie wiem z kim rozmawiam. O siebie się nie boję. Kalkuluję, że najwyżej mnie deportują. Coś by mnie to kosztowało, ale to tylko pieniądze. Moi rozmówcy jednak mogliby zapłacić o wiele wyższą cenę. Nie stać mnie na to. Nie usłyszałem żadnej z powyższych historii. Wymyśliłem je sobie. Może moi bohaterowie mieli zupełnie inne pobudki przyklejając taśmą klejącą kupione na bazarze plakaty. Niektórzy z nich założyli też koszulki z podobizną prezydenta, inni noszą czarne koszule. Nie wiem czy subtelne niuanse są istotne czy nie. Czym różni się wywieszenie syryjskiej flagi klasycznej od tej z prezydentem między gwiazdkami. Kłuje mnie nieznajomość arabskiego. Czasem mogę się domyśleć teatralności prorządowych demonstracji wspomaganych przez policję, ale częściej tylko zgaduję. Muszę jednak zgadywać po cichu, bo zewsząd śledzą mnie skryte za ciemnymi okularami oczy.

Piękny, ale jednak w klatce.

Turecki PS.

Mustafa Kemal? Ojciec Turków, Ataturk. Jadę przez Turcję i widzę go wszędzie. Ataturk w cytatach, Ataturk na plakatach, pomniki Ataturka, muzea w Domach Ataturka, gdzie Mustafa Kemal nocował choć jedną noc, szkoły imienia Ataturka, przedszkola imienia Mustafy Kemala, biurka przy których Ataturk siedział, pociągi którymi Ataturk jeździł. Świecki święty, brązowy pomnik wodza narodu, Ojca Turków. Jadąc przez Turcję Mustafa Kemal jest jak stukot kół - AtaturkAtaturkAtaturkAtaturk. Czym się różni do Baszira Asada? Nie żyje i nie rządzi. Ale czy to tak naprawdę jest taka istotna różnica?

Ataturk pod słowami Ataturka.

22:13, endoftheworld
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 września 2011
Prawda - wpis administracyjny

Filozofowie przez wieki głowili się nad problemem: "jaka prawda jest". Drodzy Czytelnicy, prawda jest taka, że powróciłem do Polski. "Szok!" powiedzieli niektórzy, inni nieco dosadniej tradycyjnym słowem oznaczającym kobietę oddającą swe ciało dla profitów finansowych (ale rozgrzeszmy ich, bo jak sami się przyznali, prędzej spodziewali się zobaczyć ducha). Ot, wyskoczyłem jak królik z kapelusza i zamachałem uszkami. Choć z drugiej strony nie wróciłem tak na prawdę - przepakowałem plecak i pojechałem w Tatry zobaczyć narybek geografów na obozie integracyjnym. Trzeba jakoś stopniować powroty :)

Narybek na Kościelcu.

Choć właśnie, czy na prawdę trzeba? Wróciłem autostopem, zajechałem wieczorem do domu i właściwie zrobiłem dokładnie to samo, co robię wracając z tygodniowego wyjazdu. Powtarzam sobie zawsze pakując plecak, że niewielka to różnica czy jadę na tydzień czy na miesiąc - pakuję mniej więcej to samo. Okazuje się, że z powracaniem jest podobnie. Nie za bardzo ma znaczenie ile Cię nie było. Oczywiście jakieś różnice są: jest trochę więcej opowieści, spotkań, zdjęć, osób do obdzwonienia, maili do odebrania. Jednak okazuje się, że kiedyś zacząłem traktować życie w domu jako formę podróżowania. Jest to po prostu kolejny przystanek na drodze. Ja nie wracam, ja się zatrzymuję w miejscu, które znam już bardzo dobrze i czuję się w nim swojsko, ale też nie przestaje mnie ono zadziwiać. Nie było szoku "odnajdywania się w Polsce", "powrotnej aklimatyzacji" itp. Przyjechałem, odstawiłem plecak i po prostu byłem w miejscu, w którym po łyżeczki do herbaty sięgać mogę z zamkniętymi oczami w środku nocy.

Czarny Staw Gąsienicowy z Kościelca.

Odpowiadałem już na pierwsze pytania "jak było". Odpowiedzi były zdawkowe albo były prośbą o uściślenie. Równie dobrze mógłbym zapytać Was "jak było tu". Pewnie odpowiedź brzmiałaby "OK", "normalnie", "jakoś zleciało". To jak u mnie! Trudne są te odpowiedzi, bo pytający oczekują ode mnie chyba czegoś innego. Staram się jak mogę, ale jak tu streścić w paru słowach pół roku doświadczenia? Bo czuję, że ten wyjazd był jak przejechanie mokrą gąbką po zabłoconej szybie. Otworzyły mi się oczy na zupełnie nowe rzeczy, a stare zrozumiałem w nowy sposób. Powiew świeżości przeleciał mi przez głowę i trochę w niej poprzestawiał. Potrząśnięta głowa poprzestawiała myśli jak w kalejdoskopie. Nie, bynajmniej nie mówię o Oświeceniu! Po prostu mogłem popatrzeć na wszystko z innej perspektywy. Tak naprawdę nie sposób opowiedzieć o tych widokach, warto o nich opowiadać, ale opowiedzieć nie da się.

Co dalej? Kto to wie. Następne podróże? Zapewne będą, dokąd to się okaże, kiedy zobaczymy. Na razie mam w planach parę rzeczy do zrobienia tu gdzie jestem. Usłyszałem, że "no pewnie, że wyjadę jeszcze, bo podróże są jak nałóg". Nie, to chyba nie tak. Podróże, małe i duże, są po prostu drogą, którą idę. Niektórzy idą do biura, ja idę do innych krajów. Zwyczajnie, bez fanfar i fajerwerków, z plecakiem zamiast teczki, ale tym samym krokiem. Nie lepszy-gorszy, a taki sam.

Pół tu, pół tam, a oczy siam.

Podróż skończona, ale ponieważ formuła tego bloga zakładała pewien poślizg czasowy posty będę jeszcze tu umieszczał jeszcze przez chwilę. A potem następny wyjazd i ciąg dalszy nastąpi. Czyli opowieść się jeszcze nie kończy, ale już można mnie spotkać na ulicy :)

poniedziałek, 12 września 2011
Policyjna Panika IV

Klęczę na asfalcie i nie mogę nabrać powietrza do płuc. Jest 5:15 rano. Dziwny czas na klęczenie na drodze. Nie wiem czy facet, który stoi nade mną też tak myśli. Jest starszy, mógłby być może moim dziadkiem. Na co dzień jest zwykłym wieśniakiem, szedł gdzieś rankiem ze swoim osiołkiem. Ma krzepę, to trzeba przyznać. Bez bicia. Zna się na tym co robi. Stoi nade mną i mnie dusi. Nie bije, pewnie w wojsku nauczył się jakichś chwytów ju-jitsu albo judo. Może był komandosem, może żandarmem. Nie mówi po angielsku za to sądzę, że wiadomości z telewizji zna doskonale. Reżim wprowadził wojska do Hamy. Na ulicach pojawiły się czołgi. Całe sąsiedztwo miasta zostało zamknięte kordonem. Zupełnie jak w Darze. Ja, po nocy spędzonej na polu, wszedłem do wioski właśnie od strony Hamy.

Duszę się, choć jednocześnie jestem dziwnie spokojny. Drugi dziadek próbuje się dobrać do mojego plecaka. Ból i strach stłumiła kuriozalność całej sytuacji. O świcie dwóch staruszków powaliło na asfalt włóczącego się, bardzo obcego turystę. Choć z ich punktu widzenia wygląda to zupełnie inaczej. Oto pojawił się nagle poszukiwany od 12h zbieg. W telewizji mówili, że w Hamie Żydzi, będący amerykańskimi szpiegami strzelają do Syryjczyków. Kraj jest zagrożony. Ojczyzna wzywa. Nie czas na gościnność. O prawach człowieka nie słyszano tutaj. Do boju! Szał i propaganda zaślepia umysły. Mam tylko nadzieję, że nic nie zniszczą. To agresywni, bardzo emocjonalnie działający ludzie. Nieodpowiedzialni i impulsywni. Nasza logika jest im obca i ta różnica tworzy między nami konflikt.

W czasie, gdy dziadek próbował mnie powalić i związać na drodze zatrzymała się furgonetka. Zwykła taka. Biały van. Wysiadł kierowca spokojnie podszedł do nas i zdzielił mnie pięścią w twarz. Nie pomógł dziadkowi. Nie zrobił nic więcej. Po prostu wsiadł i odjechał.

Spodziewałem się pyskówki. Policji. Spisywania, przesłuchiwania, marnowania mojego czasu. Byłem na to przygotowany i spokojny. Nie byłem w Hamie, nie miałem żadnych kontaktów z demonstrantami, nie jestem dziennikarzem. Mam ze sobą aparat i to jedyny obciążający mnie zarzut. Ale właśnie rzeczywistość mnie zaskoczyła i stoję na poboczu z rękami związanymi jakimś sznurkiem z odzysku, otoczony przez zaciekawiony tłumek. Oto tajne służby złapały szpiega. Duch w narodzie nie ginie. Ja stanowię jednoosobowy symbol wroga.

Wezwano policję. Ja też domagałem się wezwania policji. Na każde zadane pytanie odpowiadałem: "police". Policja w Syrii coś sobą reprezentuje, nie przyjmują byle kogo do policji. Tajne służby to społeczne doły. Biedni, niewykształceni, ogłupieni. Ślepi w swoim zacietrzewieniu i poczuciu misji. Wolę mieć do czynienia z mundurowymi. W międzyczasie okazało się, że dziadkowie szukali u mnie w plecaku broni. To tłumaczy czemu nie chcieli rozmawiać. Uzbrojonego szpiega należy obezwładnić i przeszukać niezwłocznie.

W miarę jak domagałem się wezwania policji i emocje opadały otaczającym mnie robiło się głupio. Ludzie po cichu odchodzili do swoich zajęć. Rozwiązano mnie. Ktoś zaproponował pójście do domu na herbatę. Kwadrans temu byłem szpiegiem, teraz mam być gościem. Odmówiłem. Takie zachowanie już spotykałem u Arabów. Nic się przecież nie stało, chodź na herbatę, wszystko jest w porządku. Nie potrafią przepraszać, nie potrafią przyznać się do błędu. To wspaniali ludzie, ale czasem zachowują się jak rozwydrzone dzieciuchy.

Po długim czasie oczekiwania, po wymianie prawie wszystkich ludzi w otaczającym mnie tłumie i, oczywiście, po odejściu obu dziadków-strażników ładu przyjechała policja. Znudzeni i nie chcący mieć z tym wszystkim nic wspólnego dwaj mundurowi odwieźli mnie na posterunek. Spisali moje dane z paszportu i zostawili mnie w spokoju. Co do ataku nie mieli zamiaru nic robić i zbywali to nagłym nierozumieniem angielskiego. Zebrałem się więc i poszedłem dalej. W zasadzie nic mi się nie stało.

Panika na prowincji nie zaraziła policji. Gorzej. Tam zaraziła prostych ludzi. Strach ze służbowego stał się prywatnym.

Hamę musiałem ominąć szerokim łukiem. Autobus jechał bocznymi drogami, gubiąc się co jakiś czas. Co 20 minut postój na kontrolę dokumentów pasażerów. Wojska zupełnie nie interesował samotny obcokrajowiec. Z listami numerów dowodów osobistych odsiewali poszukiwanych przez władze. Wojsko na cel wzięło Syryjczyków.

Dwa dni później przeczytałem w gazetach, że w starciach zginęło prawie 60 osób. Może mijałem tych ludzi na ulicach? Może kupowałem u nich chleb? Razem śmialiśmy się przy herbacie? Nagłówki strasznie odległej Arabskiej Wiosny to coraz bardziej też moja osobista sprawa.

09:48, endoftheworld
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 września 2011
Policyjna Panika III

Jestem w Homs. Jestem turystą. Wychodzę z założenia, że jak czegoś nie wolno fotografować, to jest na takim obiekcie tabliczka. Wybiegający z drzwi strażnik w klapkach i z karabinem pamiętającym chyba służbę wojskową mojego dziadka wyprowadził mnie z błędu. Za nim wybiegł jego okrąglutki partner, który jak się okazało, był mniej nerwowy. Może dlatego, że mówił trochę po angielsku. Sfotografowałem Departament Wodny czy coś w tym rodzaju. Ot, budynek, na nim napis i portret Prezydenta Ojca. Zaraz potem podjechała taksówka i wyskoczyło z niej trzech facetów w skórzanych kurtkach. Mógłbym napisać ?karków?, gdyby to była rosyjska mafia, ale ponieważ była to syryjska policja, mieli bardziej owłosione głowy oraz środek ciężkości nieco niżej. W zasadzie już przywykłem do takich sytuacji. Najpierw ktoś krzyczy, potem przyjeżdża policja po cywilnemu, nikt nie mówi po angielsku. Panowie zaprosili mnie do taksówki i pojechaliśmy w nieznane. Nie tak znowu daleko, dwie przecznice dalej. Tu przestało być tak wesoło, bo przy krawężniku stało siedmiu innych, podobnych, ale z kałachami. Pogadali, poplotkowali, ktoś jeszcze przyjechał i polecono mi wysiąść, oddać paszport i usiąść na ogrodowym plastikowym krzesełku na trawniku pod drzewem. Cierpliwie czekałem na rozwój wypadków. Czas jednak upływał, a nie za wiele się zmieniało, poza ludźmi z bronią. Tworzyli oni coś w rodzaju rogatek mając w odwodzie dwie taksówki i dwa mikrobusy na co dzień używane do transportu publicznego. Byli wśród nich i stateczni ojcowie rodzin z czarnym wąsem i wydatnym brzuszkiem, jak i zupełnie młodzi, w dżinsowych bluzach z błyszczącym napisem "Armani". Niemniej wszyscy pod bronią, którą traktowali jako coś naturalnego. Uderzał kontrast pomiędzy wyglądem żołnierzy mafii, a zachowaniem ciekawskich nastolatków. Zdecydowanie nie wiedzieli co ze mną zrobić, a jednocześnie wszyscy z osobna częstowali mnie papierosami i chcieli wiedzieć jak mam na imię, skąd jestem, co robię, czy mam żonę. Standardowy zestaw pytań.
Mężczyźni zmieniali się co jakiś czas, a ja zdążyłem już zacząć się nudzić i nieco zmarznąć, bo słońce wybijało wpół do siódmej. Któryś z nowych podszedł do mnie i wyszczerzony powiedział ?Welcome to Syria?. Chyba podobnie zareagowałem też na późniejszą wizytę jakiś kolegów moich strażników, którzy zapytali jak się miewam. W ciągu dwóch godzin cierpliwego czekania zdołałem się dowiedzieć jedynie, że po mieście grasują bandyci, że są oni inspirowani przez Izrael i strzelają do ludzi, a zwłaszcza do obcokrajowców i że to wszystko dla mojej ?security?. Ja w tym czasie słuchałem ich słów, pogryzałem zielone migdały, którymi mnie poczęstowali i próbowałem się dowiedzieć czemu właściwie w Syrii policja nie ma mundurów i po mieście jeździ taksówkami. Football? Barcelona or Real Madrid? Usłyszałem w odpowiedzi. Barcelona. Nie wiem czemu, ale prawie wszyscy Syryjczycy kibicują Barcy. Viva Messi! Ronaldo lamus!
Zaczęło się zmierzchać, po raz kolejny rozległo się wezwanie do modlitwy, a ja dojadałem szaormę, którą mnie poczęstowano i ogrzewałem się pod kurtką jednego z moich tymczasowych towarzyszy. Chłopaki pytali jeszcze, czy wiem jak się nazywa ich prezydent, mówili, że go kochają i że to dla mojego bezpieczeństwa, żeby mnie nie zastrzelono na mieście. Po czym wsadzono mnie z dwoma policjantami do małego autobusu i pojechaliśmy w nieznane, ale tym razem zupełnie inne. Pogryzałem wręczone mi zaraz przed wyjazdem słone pestki słonecznika i podziwiałem widoki za oknem.
Przejechaliśmy przez kawałek miasta, potem przez szlaban, bramę, zaporę i kolejną wartę z karabinami. Komenda, jednostka, baza. Siedziba. Wysiedliśmy i stanęliśmy przed wejściem do budynku. Jeden z moich konwojentów poszedł do ciężkich metalowych drzwi wymienić hasło i papiery, drugi czekał ze mną. Gdy przyszła chwila wejścia, polecono mi wyrzucić pestki pod ścianę. Nie można do środka tak z pestkami słonecznika w ręku.
W budynku zostałem przejęty przez innego policjanta, również bez munduru, który poprowadził mnie przez korytarze. Mijaliśmy ludzi pod bronią nerwowo przestępujących z nogi na nogę i palących papierosy jak zwykle. W powietrzu wisiała ta sama atmosfera niepokoju i codzienności. Weszliśmy na drugie piętro i do gabinetu. O ile korytarze były w miarę czyste, ale dość dawno odnawiane po raz ostatni, to gabinet był świeżo odmalowany. Posadzono mnie na skórzanym fotelu i zadano standardowy zestaw pytań. Częściowo z obowiązku, częściowo z ciekawości. Ale człowiek, który to robił mówił po angielsku lepiej od swoich podwładnych i wyjątkowo miał na sobie mundur, z tym że wojskowy. Może zostałem szpiegiem? Przeszło mi przez głowę. Pytania o moją trasę w Syrii. To tak wschodnie. From Turqia to Aleppo, from Aleppo to Ebla, from Ebla to Maarat al Nooman, from Maarat to Hama, from Hama to Qasribnwardan, from Qasribnwardan to Salamieh and Qalat AshShamamis and from Salamieh to Homs. Co jakiś czas miejscowi pomagali mi w ten sposób zapamiętać kolejne etapy mojej podróży. Aparat, czy może zobaczyć moje zdjęcia. To też już znałem z kontaktów z policją i miałem problem z utrzymaniem śmiechu jedynie w postaci uśmiechu. Ci, co mnie znają, wiedzą ile robię zdjęć. Ten był cierpliwy, mimo mojego opisywania poszczególnych fotografii i przetrzymał jakieś dwie setki zanim powiedział dość. W tej podróży wspomnień nie wyjechaliśmy nawet z Aleppo...
Pojawił się kolejny policjant (jak mogę się domyślać, bo też był bez munduru) i zabrał mnie piętro niżej do innego pokoju. Widać straciłem na znaczeniu i trafiłem do niższej szarży, bo był to już pokój, a nie gabinet. Mój przewodnik wziął się do spisywania tego co mówiłem zadając niezbyt oryginalne pytania. On jednak mówił bardzo dobrze po angielsku. Przyszedł jego zwierzchnik w dresie i z ręcznikiem na szyi i zasiadł za biurkiem. Podłączono mu telefon do ładowania (tu szefowie chyba nigdzie nie robią tego sami) i polecił mojemu przewodnikowi przejrzeć jeszcze raz moje zdjęcia i zajrzeć do mojego laptopa. Dla mojego bezpieczeństwa, jak zostałem poinformowany. Oglądanie zdjęć zakończyło się zdecydowanie szybciej, w laptopie chcieli zobaczyć wysyłane maile i zdjęcia, które wysyłałem. W związku z bardzo oględną znajomością polskiego przez moich gospodarzy, to ja wszystko pokazywałem.
Znów coś pogadali, popisali i wraz z paszportem zostałem zabrany jeszcze niżej do sutereny. Zostałem wprowadzony do pomieszczenia cztery na pięć metrów, zakratowane okienko, goła żarówka, metalowe łóżko w kącie. Gdyby nie miękkie krzesła, biurko i jakiś stoliczek... W środku czekało na mnie jeszcze niższy szarżą pracownik służb i dwóch jego podkomendnych. Standardowy zestaw pytań, ale wspomożony herbatą. Ci próbowali nawet obejrzeć zdjęcia w mojej komórce. Tak, mam polskie menu i, jak się okazało, zachwycające zdjęcia. Taaak, tapety firmowe Nokii są niczego sobie. Trzecia godzina mojej przygody minęła już jakiś czas temu i teraz najbardziej obawiałem się tego, że wszystko mi się pomiesza, te miejsca, ludzie i podobne do siebie sytuacje. Ech, może faktycznie coś ze mną jest nie tak? Mój przewodnik przyszedł znów coś napisać, oddał mi paszport, powiedział, że poinformowali moją ambasadę, że mnie mają... nie, to znaczy, że jestem u nich pod opieką i wszystko jest ze mną w porządku oraz że wszystko się uspokaja i za pół godziny będę mógł sobie pójść. A po paru kolejnych wysmażonych kartkach i kursach do innych pokojów został z nami i to była już zwykła rozmowa, jakbyśmy byli u któregoś z nich w domu. Za bramą znalazłem się już mocno po 21. Może jutro dowiem się co tak naprawdę się działo.

A, i nadal nie wiem czemu Izraelczycy szykowali na mnie zamach i czemu policjanci używają taksówek jako radiowozów.

--------------------------------------

BBC podało, że były w mieście demonstracje i pogrzeby ofiar piątkowych demonstracji. I że następne pogrzeby też będą, bo służby bezpieczeństwa strzelały do ludzi. Nic nie widziałem. Nic nie słyszałem. I to mnie przeraża najbardziej - w tym samym mieście zabijają ludzi, a można mnie od tego odizolować. Zostałem zwyczajnie przytrzymany za rogiem.

--------------------------------------

Policyjna Panika III - Post Scriptum

Dojechałem busem do zapadłej wiochy. Tak zapadłej, że aż w sąsiedztwie powstało jezioro. Nie chciałem czasu niepokoju spędzać w mieście. Zwłaszcza, że ostatnio zbyt często jak na mój gust lądowałem na posterunkach policji. Zanim wysiadłem już zebrał się mały tłumek, wezwano dziewczynę biegłą w językach obcych:

- Czemu tu przyjechałeś? To nie jest dobry czas. Syria jest naprawdę piękna. Wiesz... Welcome to Syria, welcome in other time... -

Tagi: Policja Syria
16:39, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17