podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
poniedziałek, 21 lutego 2011
Tanie latanie

Nie jestem ekspertem od latania. Nie znam się na tym - dziś leciałem po raz pierwszy. Ale że lubię wcześniej poczytać o tym co mnie spotka i ja napiszę coś dla potomnych.

Zaliczyłem dwie tanie linie FR i W6, czyli RyanAir i WizzAir. Nie było tak strasznie jak myślałem czytając wpisy na forach o "rzeźniach w samolotach" i "trzepaniu na lotnisku". Było natomiast ciasno i niepewnie. Wizz odleciał z godzinnym opóźnieniem, co trochę mnie stresowało, bo latały plotki "jak jeszcze się spóźni, to nie poleci w ogóle". Nie wiem ile w tym prawdy, a ile plotyny, ale ważne jest by się przygotować psychicznie na taką możliwość i ewentualnie mieć w zanadrzu jakiś pomysł.

Przesiadka w Brukseli (właściwie w Charleroi), to też ciekawostka - spanie pokotem w hali lotniskowej w oczekiwaniu na lot. I wszechobecni Polacy i Rosjanie. Senna atmosfera luzu i spokoju.
Można spać na płycie poczekalni - nikt nie goni, ale warto wybrać takie miejsce, by poranna kolejka 4:30 nie zadeptała. A jest tu parę wręcz zacisznych zakamarków.

Warszawa z lotu ptaka

Sam lot to w sumie nic ekscytującego. Choć start i lądowanie przypominające mi jazdę kolejką górską, Warszawa z lotu ptaka i przyspieszanie Airbusa robią wrażenie. Za każdym razem, mimo że wchodziłem w końcówce, miałem miejsce przy oknie. Jest możliwość wykupienia pierszeństwa wejścia na pokład, ale nie wiem czy to ma sens.

Jak polecieć? To proste - na początek znaleźć lot. Korzystałem z Skyscanner.com. Prosto i wygodnie :) Potem garść informacji o tym co i jak, czyli FAQ na lotnictwo.net i wpisy dla początkujących, a także mlecznepodróże - o tym jak kupić bilet przez internet, a potem się samodzielnie odprawić. To trochę śmieszne, że leci się dziś za grosze, bilet drukuje samemu i samemu też trzeba zrobić sobie odprawę.

Instrukcja bezpieczeństwa

Potem lotnisko - warto być wcześniej, ale może bez przesady. 2 godziny przed odlotem raczej wystarczą. Jeżeli mamy nadajemy bagaż rejestrowany (czyli ten do luku). Na niektórych lotniskach można go zważyć, żeby zobaczyć czy nie będziemy dopłacać za nadwagę. Można też go zawinąć w folię stretch, za drobną opłatą 40zł. Ja zainwestowałem w torbę IKEA, a za resztę byłem na piwie :) Pokazujemy po raz pierwszy bilet!

Po nadaniu bagażu bramki kontrolne. To tu musimy uśmiechać się do ochrony i celników. I pokazać bilet po raz drugi. Warto też przygotować się do tego przeżycia. Będziemy musieli wyłożyć na taśmę wszystko co ma metal. Wszelakie ozdoby, klucze, drobne, mp3, komórki i inną elektronikę, aparaty foto, kurtkę i bluzę, a nawet pasek od spodni. Warto sprawić, by cała operacja przebiegła sprawnie i nie blokowała taśmy (bo irytuje to obsługę). Wykładanie bambetli jeszcze od biedy kontrolujemy, ale po drugiej stronie będzie czekało na nas zakładanie paska, pilnowanie portfela i upychanie laptopa z powrotem do podręcznego plecaczka. Żeby się nie stresować warto jeszcze w domu banknoty schować do pasa z pieniędzmi, a całość maneli przy kontroli wyłożyć do max. 3 pojemników.
Dobrze się też zapoznać z listą rzeczy zakazanych do przewożenia w bagażu podręcznym, by nie rozstawać się na dobre z brzytwą Dziadzia czy niezbędną flaszą spirytusu.

Krok następny prowadzi przez strefę wolnocłową do bramek tzn. gejtów (gate'ów). Numer powinniśmy sobie odczytać z wyświetlacza z naszym lotem. Czasem przed gatem przechodzimy kontrolę paszportową. I w końcu sam gate - bramka do naszego samolotu. Tu grzecznie w kolejce czekać będziem na sprawdzenie biletów (3. raz) i co równie ważne, na przymierzenie naszego bagażu do wzornika w formie metalowego kosza. Bagaż musi się w nim zmieścić, bo inaczej będziemy lżejsi o parę stówek (w zależności od linii). Tu przewagę mają plecaki nad walizkami lotniczymi - twardej walizki kolanem nie upchniesz. Ale pamiętaj o jajkach i zastawie porcelanowej wiezionej dla rodziny! Wymiary bagażu też dyktuje linia lotnicza, więc przed odlotem sprawdź czy mieścisz się we wszystkich limitach.

widok z samolotu

Potem już wychodzimy do samolotu: przez rękaw, na płytę i do autobusu lub na płytę i na piechotę. Zaraz z drzwiami samolotu pokazujemy bilet po raz ostatni i możemy zapolować na miejsce. Które jest najlepsze? Nie wiem, ja mam aparat i biorę to przy oknie. Mam za to dwie osoby do wyproszenia, gdy chcę wyjść... Bagaż podręczny trzeba na czas startu i lądowania schować w schowku nad głową lub pod siedzeniem z przodu. Ale wyjątek - bagażu nie możemy wrzucać pod siedzenie, gdy siadamy na dającym-więcej-miejsca-na-nogi miejscu przy wyjściu awaryjnym. Za to w rekompensacie zostajemy poproszeni o zapoznanie się z instrukcją otwierania drzwi, bo być może to właśnie MY będziemy Bohaterami! (i pierwsi na zewnątrz)

Po wylądowaniu, przy którym najpierw jest większe lub mniejsze łup, a potem niezbyt ostre, ale długie hamowanie (warto wystawić nogę trochę do przodu, nie będzie się miało kontaktu z fotelem przed nami) pozostanie nam tylko zebrać swoje rzeczy i wysiadać. Odbiór bagażu to już betka - znajdujemy naszą taśmę po numerkach i czekamy na nasze rzeczy. Wot i wsio.

10:53, endoftheworld
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 lutego 2011
Latający Geograf

Część z Was już się dziwiła - jak to ty jeszcze nie leciałeś samolotem?

ja i samolot

Wolno się zdziwić jeszcze raz. Ano nie zdarzyło się. Zawsze z buta albo stopem :) Kiedyś musi być ten pierwszy raz i właśnie przestałem być prawiczkiem, a zacząłem karierę latawca. I od razu tanimi liniami (w tym osławionym Rayanem-FR), i od razu z przesiadką.

Warszawa z samolotu

 

Moje prywatne statystyki mówią, że:
100% lądowań kończy się sukcesem,
50% samolotów się spóźnia,
95% miejsc w samolocie jest robionych pod mój wymiar i jeżeli jesteś większa/większy szukaj tych 5% (nie dotyczy to wysokości podłoga-dno schowka na bagaż - tu trzeba być niższym w 100%!),
50% samolotów osiąga się za pomocą autobusu, a do drugich 50% trzeba dodreptać.
Próba wynosiła 2 loty, więc margines błędu jest spory (słyszałem, że nie spóźnia się aż tyle samolotów, ale za to nie wszystkie lądowania się udają)!

 

Instrukcja bezpieczeństwa

Ziemia z powietrza jest fantastyczna. Zwłaszcza jeżeli widziało się wcześniej atlas i przejrzało podręcznik do geografii :) Tu macie Państwo wybrzeże riasowe, jak na dłoni widać uzależnienie struktury osadniczej od ukształtowania terenu, a zaraz przelecimy obok cumulonimbusa bambusa.

A poza tym latanie, będąc podróżą, kształci:

Przepis na "wojnę z elementami refleksu"

- rozdaj wszystkim wszystkie karty, ile ich tam masz, po równo, jak w wojnie
- pierwsza osoba wykłada kartę na środek, kolejna wykłada następną w to samo miejsce itd. ważne by wykładając kartę nie oglądać jej wcześniej, czyli kartę łapiemy za najbardziej oddaloną od nas krawędź i przekładamy na plecki, jednocześnie kładąc ją na środek pola gry
- karty od 2 do 10 to karty niewaleczne, figury i as - waleczne
- jeżeli poprzednik wyłożył kartę waleczną następny gracz musi wyłożyć inną kartę waleczną w 1 ruchu-wyłożeniu karty (dla waleta), dwóch (dla damy), trzech i czterech (król i as); gdy się to uda zabawa przechodzi na następnego gracza, gdy nie, ten co wyłożył ostatnią kartę waleczną zgarnia całą kupkę z środka, dokłada ją do trzymanych w ręku kart i zaczyna nastęną kupkę wykładając kartę z wierzchu
- element refleksu - gdy na kupce pojawią się dwie takie same karty pod rząd (waleczne lub nie), nie ma znaczenia czy wyłożone przez dwóch czy przez jednego gracza, każdy ma szansę zgarnąć całą kupkę - wystarczy, że jako pierwszy nakryje ją ręką
- gdy komuś karty się skończą nie wykłada już nic i kolejka go mija, ale zawsze ma szansę na zgarnięcie środkowej kupki przy wystąpieniu dubletu kart
- gdy skończą się karty podczas walki o kartę waleczną, a ostatnia karta waleczną nie jest, traktuje się to jako koniec i wygrywa właściciel karty w.
- grę wygrywa ten lub ta, który zbierze w ręku wszystkie karty!
pozdrowienia dla Kate, Adama, Erazma i Zbigniewa Wojtka - moich lotniskowych poli-budowych współspaczy:)

PS. Słownik komórkowy nie odnotowuje słowa "doleciałem" - zamiast tego jest "dojechałem" :)

18:25, endoftheworld
Link Komentarze (1) »
środa, 16 lutego 2011
Już się boję, już się nie boję - seria 2 i 3

Tyle się wydarzyło, że na początek zasypię bloga postami, bo wepchnięcie tego wszystkiego w jeden przypominałoby próbę spakowania do plecaka całej makiety bitwy pod Waterloo w skali 1:17 i 3/4. Postaram się oszukać Chaos.

Przyszedł tydzień przed wylotem i coraz częściej po zgaszeniu światła przewracałem się z boku na bok. W głowie pojawiały się niestworzone sytuacje: atakowały mnie hieny, łapałem gumę w adidasie czy zapominałem jak powiedzieć "sążniście" po aramejsku. Zaczął się niepokój wewnętrzny i szukanie dziury w całym. Ale nic to! Jak sobie z tym poradzić - prosta sprawa: wpaść w wir przygotowań końcowych. Gdy doba się nie rozciąga, trzeba ograniczyć takie rzeczy jak sen i zasypianiu robi to nienajgorzej :)

Niestety nic nie trwa wiecznie i dwa dni przed odlotem reise fiber zaatakowała ponownie. Parę rzeczy odłożyłem na za późno, parę wyskoczyło ex machina i ex homini. A czas, jak to czas, ominął mnie przebiegając nieubłaganie. Do tego doszły wszelakie strachy, czy zrobiłem wszystko, co się dało, czy lista wyjazdowa przepisywana kilkakroć zawiera wszelkie niezbędne do życia i fotografowania przedmioty i tak dalej, i tak dalej. Ostatniej nocy odpuściłem więc spanie prawie całkowicie.

W takim sielankowym nastroju, z bułkami słodkimi i nie, zapakowanymi przez zapobiegliwą Matkę, stawiłem się na Okęciu. Podróż została napoczęta, a ja zacząłem się uspokajać. Bo co więcej mogłem zrobić? Czas już upłynął i wpadałem w podróżne tory. Problemy, które dwa dni temu spędzały mi sen z powiek teraz będą jedynie problemami do rozwiązania, przeszkodami do pokonania. Cokolwiek się zdarzy, trzeba będzie przyjąć. Kismet. Los jednak nie poddał się do końca i samolot do Brukseli (najtańsza trasa na Cypr to była Warszawa-Bruksela-Larnaka) opóźnił się. Niby nic, ale poszła plotka, że nie odleci, co oznaczałoby przełożenie całej mojej eskapady i utratę drugiego połączenia. Ale 2 godziny później przyjechała do Warszawy moja Przyjaciółka skupiając całego pecha na sobie i to pozwoliło mi przekroczyć cichaczem bramki. Strach wyparował, a jego na jego miejscu zasiadło Dziecko.

Dziecko jest fantastyczną Osobistością. Widzi dużo więcej niż otaczający je dorośli, wszystko je fascynuje i wszystkim potrafi się cieszyć. Świat dla Dziecka jest jak.. jak nie wiem co. Coś hipnotyzującego swoją nowością i zapierające dech w piersiach, odsłanianiem tych samych, starych rzeczy w nowym świetle. Dziecko nie ma czasu na strach, bo jak tu się bać, gdy przed oczami masz błyszczącą grzechotkę.

19:53, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »