podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
niedziela, 24 kwietnia 2011
toKot!

 

Nieco poirytowany już, starszy Brytyjczyk klasnął głośno w dłonie. Chciał przegonić kota. Chwilę wcześniej bawił się z nim, ale, czy to z powodu zachowania kota czy to ze znudzenia, zrzucił go z kolan na trawnik. Bezdomny kot znał zasady gry, wiedział, że następne pieszczoty znajdzie dopiero u kolejnych przechodzących ulicą ludzi. Nie odchodził więc daleko od ławki tylko kręcił się w poszukiwaniu następnej głaszczącej ręki. Kolejne głośne klaśnięcie krzyknęło, że kręci się jednak zbyt blisko. Kot odskoczył

kot klaszotrny

W ten dialog włączyła się stojąca na przystanku miejscowa kobieta. Kobieta, to było widać aż nadto, a miejscowa, wnioskuję, bo nie odezwała się po angielsku. Najpierw nawymyślała facetowi po grecku, zamachała przy tym rękami w górę i w dół, potem prawą ręką jakby go przeganiała, a na koniec przedrzeźniająco klasnęła parę razy. Zadowolona z siebie uniosła podbródek, obróciła się o parę stopni i kucnęła by pogłaskać kota. Cóż, atak na kota równa się tu z atakiem na cały Cypr.

kot udający lwa

Taak, Cyprem tak naprawdę rządzą koty...

wylegujące się koty

* * * * *

kot marmurkowy

Idąc przez Cypr rzadko napotkasz psa. Możesz właściwie nie zobaczyć żadnego. Za to kota nie sposób, nawet niewidomi mają sporą szansę na wdepnięcie w sierściucha. Fenomen ten jest na tyle stary, że frapował już naszych pradziadów i znaleźli oni następujące wytłumaczenie.
Ale, ale! Wcześniej poznajmy Helenę. Helena, córka oberżysty została poślubina Constantinusowi Chlorusowi, z którym życie miała niełatwe. Nie dlatego, że był to Chlorus, ale że był on cesarzem bizantyjskim. Cesarz zmuszony był, ze względów politycznych, ożenić się z Teodorą i tym samym porzucić biedną Helenę wraz z synkiem Konstantynem. Odbiła to sobie, gdy syn został cesarzem Konstantynem, tym od Konstantynopola. Tak jak i syn Helena została po śmierci świętą. Za życia za to wsławiła się odnalezieniem Krzyża Świętego. Trasa wyprawy Ziemia Święta-Rzym nieuchronnie wiodła ją na Cypr.

kot

Na Cyprze zaś, po kilkuletniej suszy, ludzi gnębiła plaga węży. Wąż, jak wiadomo nam z lekcji ikonografii, zły jest niemożebnie, szatańsko wręcz, i świętej osoby trzeba, by go pokonać. Ale czy stateczna matrona ma uganiać się za gadzinami, gdy Krzyż Święty jest na pokładzie? Nikt się po niej tego nie spodziewał, za to z rady skorzystano. Rada mówiła: weźcie statek w mieście Aleksandrii, wypełnijcie go kotami i z najcięższymi skazańcami i wyślijcie go na Cypr. Dobra, właściwie to ci skazańcy to moje dopowiedzenie, ale gdy ktoś wie jak to jest przebywać ze stadem kotów dłużej w jednym pomieszczeniu to przyzna mi rację, że musieli być to szczególnie ciężko skazani. Gdy koty przybyły na wyspę zamieszkały najpierw na półwyspie Akrotiri, a potem rozeszły się własnymi drogami po całym Cyprze, niosąc wężom śmierć.
Koty jako pierwszy przygarnął klasztor Agiou Nikolaos tou Gaton, czyli św. Mikołaja od Kotów. Mnisi ponoć wzywali koty biciem w dzwony, karmili je, a potem wysyłali na łowy. Kto koty zna, będzie wątpił i pewnie powie, że wzywali je otwieraniem puszek z kocim żarciem, a dzwonami wypędzali je na łowy, ale kto tam wie jak było naprawdę.

klasztor Nikolaos tou Gaton

Naukowcy zajmujący się wygrzebywaniem z ziemi historii, wykopali na Cyprze kota starszego od przedstawionych tu wydarzeń. 8500 lat temu (czyli jakieś 6800 lat przed św. Heleną) ktoś zakopał kota wraz z jakimś truposzem i tak ów kot zdobył pośmiertnie palmę najstarszego znanego nam kota domowego.

Jeśli kocie historii są Ci bliskie, masz w domu plagę węży albo po prostu nabrałaś/nabrałeś ochoty na oddanie kotom swojego domu zapraszam na stronę Fundacji JoKot, gdzie można znaleźć swojego wymarzonego śierściucha :D

kot czarno-biały

kot ciekawski

11:55, endoftheworld
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 kwietnia 2011
Święci zamknięci na sznurek

Sznurek plątał się od jednego do drugiego skrzydła drzwi. W jedną stronę. W drugą. Z powrotem. Jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. I jakby ktoś, kto ten sznurek plątał nie chciał zostawić wolnego końca. A może nie ufał pojedynczemu przepleceniu? W końcu sznurek ten był jedyną ochroną dla tego Świętego miejsca. Tak jak zakładamy kolejny zamek nieznajomy założył następną pętelkę.
freski z cerkwi św. Barnaby
Włamywałem się do kościoła w dolinie pośród wzgórz. Pracowicie i ostrożnie, by nie uszkodzić sznurka-zamka odplątywałem kolejne zwoje. Delikatnie jak wytrychem rozsupływałem kolejne węzły. Przedostatni, wdech, wydech, ostatni, wdech, drzwi skrzypnęły, wydech, skrzydła ustąpiły pod naciskiem mojej ręki, wdech, wpuściły do wnętrza trochę światła. Zrobiłem krok w ciemność jak wchodzi się w starą, zakurzoną księgę. Zanurzyłem się w mrok dziejów. Z początku nie widać nic. Na zewnątrz ostre, południowe słońce, a kościół budowany zgodnie ze starymi zasadami ? niski portyk, małe, wąskie okienko, by nie wpuszczać gorąca i by budowla była wytrzymalsza. Może też by łatwiej było się w niej schronić. Bo kościół był stary. W bizantyjskim stylu, poświęcony Świętemu Konstantynowi mógł mieć sto albo i tysiąc lat. Bo czas wśród tych pagórków traci na znaczeniu.
Ale kościół był stary. Stary i osamotniony. Z oddalonej o trzy kilometry wioski prowadziła do niego najpierw droga asfaltowa, która później zamieniała się w wiodącą pod górę polną drogę. Nie był opuszczony. Widać było, że ktoś się nim zajmuje, czasem przyjdzie ucałować starą ikonę. Ale zdecydowanie był osamotniony, i to od dawna. Nie ucieszył się nawet z przybycia kogoś nowego, zupełnie się tym nie przejął. Stał i trwał jak dzień wcześniej, jak przed dwudziestu, pięćdziesięciu, stu laty. Już mu chyba nie zależało. Ze ścian spoglądali na mnie święci zaklęci w ikonach przez dawnych pisarzy i współczesne maszyny drukarskie. Patrzyli jak patrzy się na morskie fale, które przychodzą i odchodzą.
ołtarz
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. W absydzie zarysował się ołtarz. Prosty, surowy, wykuty z kamienia. Z malutkim krzyżykiem ułożonym ze świeczek. Inne świeczki leżały w kącie w wiadrze. Przyniesione przez nieznaną rękę i zapalone w niewiadomej intencji, gdy zgasły trafiły na śmietnik modlitw i pobożnych życzeń. Jedna za drugą, prośba po prośbie, powoli odpadające palce ze złożonych żarliwie dłoni.
Inne dłonie machały lub groziły mi ze ścian. Ktoś, kto był tu przede mną wymalował na wysychającym tynku freski. Ktoś, kto przybył tu niosąc ze sobą innego Boga, pracowicie pousuwał z fresków twarze. Czas, który nie bawi się w takie rozróżnienia, odłupywał pracowicie losowe fragmenty tynku. Na koniec ktoś, kto chciał uratować znikających Świętych przykleił ich do ścian plastrem. Teraz ci Święci grali ze mną w ciuciubabkę zmieniając kształty i chowając się pośród zniszczonych płacht ścian. Kawałek ubrania zamieniał się w twarz, kielich w rękę. Wyblakła farba tworzyła duchy patrzące na mnie przez smutną chwilę i rozwiewające się wraz ze złudzeniami postaci.
Wydrapana głowa

fragment fresku

freski polepione plastrem
Ostrożnie zamknąłem drzwi, pilnując by nie skrzypnęły. Przeplotłem sznurek przez oczko klamki. W jedną stronę. Potem w drugą. Z powrotem. Raz jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. Nie wiem czemu nie chciałem zostawić wolnego końca. W końcu tylko ten sznurek był ochroną dla Świętych.

10:52, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 kwietnia 2011

Ghost Town cz.2

Świt delikatnie puka w klapę mojego plecaka, gdy pakuję do środka śpiwór. Famagusta bez lornetki nie wygląda na Miasto Duchów. Po prostu przygraniczna część została ogrodzona, a reszta miasta rozwija się jak dywan na północ, wzdłuż wybrzeża.

Widok na Ghost Town

Ghost Town zarządzane jest przez Cypr, Cypr Północny, Grecję, Turcję i Wielką Brytanię. Choć może ?zarządzane? to zbyt wielkie słowo. Kraje te muszą się dogadać, by cokolwiek zrobić z tą częścią Famagusty, a ponieważ kompromis jest zgniły całe Miasto Duchów zostało otoczone bardziej lub mniej prowizorycznie, postawiono na straży znudzonych tureckich żołnierzy i całość zamieciono pod dywan. Nic się nie dzieje, budynki niszczeją, żołnierze ziewają, słońce świeci. Wszystkim chyba jest to na rękę ? grecka część konfliktu może dalej mówić o tragedii i grabieży, turecka utrzymywać teren i status quo, a Brytyjczycy nie muszą rozgrzebywać sprawy. Tylko bezdomni mogą kręcić nosem na tak wielki squat.

Znak sterfy wojskowej

Miasta Duchów nie ma też na mapach czy planach miasta, co spowodowało, że zgubiłem się parę razy wpadając na płot czy mur. Nie można też go fotografować, choć to dość niedorzeczne, bo czasem ciężko odróżnić strefę zakazaną od normalnego miasta. Choć jak zostałem poinstruowany przez bardzo uroczą celniczkę: "Nie możesz robić zdjęć, bo zabiorą Ci aparati będziesz miał nieprzyjemności". Ale problem jest szerszy i nie dotyczy jedynie Famagusty. A obie strony podgrzewają emocje.
Obie strony utrudniają też notorycznie życie zapominając o linii granicznej i traktując drugą część jak pustynię. Nie ma drogowskazów do miast, ani nawet do przejść granicznych.
Grecy ze swojej strony stawiają punkty obserwacyjne, by można popatrzeć na ziemie utracone. Działają one nadal, mimo że od paru już lat można bez problemu przekraczać linię graniczną. Północna część konsekwentnie też oznaczana jest na wszelkich mapach jako ?okupowana przez Turcję od 1974 roku? oraz rysowana, czy też nie rysowana, jakby nic tam nie było. Oczywiście przewodniki nie wspominają o żadnych ?atrakcjach utraconych?. W Nikozji widziałem drogowskaz do Lefkosi jak do innego miasta. Greccy Cypryjczycy stawiają również centra wypędzonych. Zaraz! Czy nie brzmi to znajomo? Erika Steinbach? To właściwie możemy poczuć namiastkę tej podjazdowej wojenki.

Flagi Cypru Północnego i Turcji.

Tureccy Cypryjczycy nie pozostają oczywiście dłużni. Również wypominają drugiej stronie okrucieństwa terror i zbrodnie. W Lefkosi/Nikozji działa Muzeum Barbarzyństwa z pieczołowicie pozaznaczanymi miejscami, gdzie utkwiły greckie kule. Wanna, w której znaleziono zamordowane dzieci tureckiego oficera jest chroniona jakby była ze złota - za przezroczystymi szybami, jak dowód policyjny wystawiony na publiczny widok. Pamiątki i ślady greckości są w najlepszym przypadku wyśmiewane lub traktowane z przymrużeniem oka. Przewodnik w Muzeum Ikon bez żenady mówi, że są to ikony z cerkwi z części północnej. Właściwie nie wiadomo dokładnie, która z jakiej jest cerkwi, ale my je chronimy.
Jak na razie obie strony nie są gotowe na jakiekolwiek przepraszanie. Twardo stoją na stanowisku, że i owszem, robiliśmy rzeczy złe, ale druga strona robiła gorsze! Choć muszę przyznać, że nie spotkałem otwartej wrogości i agresji. Ale nie wierzę, że to całe kultywowanie drobnej, ukrytej nienawiści nie przynosi rezultatów.

Wyjście z podziemi

Przypomina mi to dawną piosenkę Renaty Przemyk:

"Jak tu wybaczać
Jeśli nikt nas nie przeprasza
I jak zapomnieć skoro
Gdzie spojrzysz blizny
Kto by chciał się do nich przyznać
Żaden stygmat nie zagoi się"

13:01, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 kwietnia 2011
Czas na zmianę!

Ależ oczywiście zmiana nie oznacza, że poprzedni wątek pozbawion będzie kontynuacji! Kontynuacja się pisze i zostanie na dniach umieszczona pod (nad) niniejszym postem. Muszę jednak zaznaczyć, że niniejszy blog z racji biurokracji ma pewien obsuw i mimo, że parę kolejnych postów nadal będzie dotyczyła Cypru i cyprysów to ja jednak zmieniam nieco okolicę. Nieco to dość oględnie powiedziane - albowiem... du, du, du... dostałem się na statek transportujący banany, płynący przez Suez i naokoło Półwyspu Arabskiego, aż do Delhi! Czekają mnie niesamowite trzy tygodnie na morzu i może nawet jakaś wypłata po dotarciu na miejsce $] Tak więc zupełna zmiana planów, a przygoda toczy się dalej! Za dwa dni będę pisał już z Egiptu!

* * * * * * 8) * * * * * *

Wpis oczywiście okazał się być primaaprilisowym żartem, ale ziarnka prawdy zawiera. Obsuwy są, wpisy będą jeszcze przez pewien czas z Cypru, a ja na Cyprze już nie jestem - okupuję teraz Turcję i wielkimi krokami zbliżam się do granicy z Syrią. Egipt na razie nie jest w planach.

Tym, którzy zorientowali się, że nikt nie wozi bananów z Cypru do Delhi, a tym bardziej statkiem (w Delhi ciężko się cumuje, ze względu na wymogi długości cum) serdelecznie gratuluję :P

14:09, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »