podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
piątek, 27 maja 2011
Przez góry nad morze

U nas się tak nie da. Trzeba wybierać - albo góry, albo morze. Być może właśnie dlatego tak mnie to połączenie fascynuje. Na mapie zaraz obok napisu "Amman" ktoś niepozorną czcionką wypisał "Moab mountains". Góry Moab - to brzmiało na tyle zachęcająco, że włączyłem je do swojej marszruty. Zwłaszcza, że i tak chciałem zobaczyć kilka rzeczy po drodze.

Kolumna z zamku Iraq ar-Amir.

Tabliczka z pradziadkiem nasego pisma.

Moab powinien być nieźle znany z lekcji religii. Z tym że na lekcjach religii rzadko przykłada się wagę do geografii czy historii. Tak więc mnie zostało w pamięci, że gdzieś w rzece Jordan (pewnie w Jordanii) św. Jan Chrzciciel udzielił chrztu Jezusowi z Nazaretu czyniąc go tym samym chrześcijaninem. Co prawda ani św. Jan ani Jezus nie byli tego faktu świadomi, ale nikomu to nie przeszkadzało. Dziś przeszkadza, więc wycieczki na granicę izraelsko-jordańską, która przebiega głównym nurtem Jordanu są strzeżone, zorganizowane i godzinna przejażdżka kosztuje 12 dinarów (50 złotych). Nie skorzystałem. Odwróciłem się na pięcie i przed sobą już miałem następny cel rodem z katechezy. Dżabal Nebo, Mount Nebo albo po prostu Góra Nebo. Ta nazwa najprawdopodobniej również nic Wam nie mówi, ale historia Mojżesza piąte przez dziesiąte gdzieś pewnie dzwoni. Otóż prorok Musa za swe przewiny usłyszał od Allaha, że będzie się tułał z narodem Izraela po pustyni przez 40 lat, ale potem dojdą do Ziemi Obiecanej. Wszyscy prócz Mojżesza. On miał jedynie zobaczyć Ziemię i umrzeć zanim tam dotrą. A cóż lepiej się nadaje do oglądania odległych ziem jak nie góra (GoogleMaps jeszcze nie były dostępne na Bliskim Wschodzie)?

Na szczycie można zwiedzać franciszkański klasztor. Jest on remontowany od stycznia 2008, więc nie za wiele jest do zobaczenia. Ważne jest jednak, że na górę pielgrzymują zgodnie żydzi, chrześcijanie i muzułmanie, bo wszystkie te religie uznają Mojżesza za Bardzo Ważną Osobę.

Krzyż Mojżesza na Górze Nebo.

Wychodząc z klasztoru, a już na pewno idąc drogą oddalającą nas od Morza Martwego, z pewnością zatrzyma się koło nas samochód, a kierowca zapyta: "Madaba?". Jeżeli nie zrozumieliśmy, to powtórzy on swoje pytanie. On i wielu innych przez najbliższe 9km koniecznie będą chcieli się od nas dowiedzieć czy my aby nie "Madaba?". Żeby odgadnąć o co im chodzi najlepiej spojrzeć na mapę, a jak spoglądać na mapę, to najlepiej na starą i oryginalną. Najstarsza i oryginalna mapa Ziemi Świętej jest tu dostępna na wyciągnięcie ręki. Eee... o ile ktoś trenował siatkarstwo i ręce ma wyciągnięte do ziemi, bo mapa owa to mozaika na podłodze bizantyjskiego kościoła. Puzzle z kamyczków były wielce popularne w dawnych czasach i każde szanujące się muzeum starocitności na Bliskim Wschodzie ma przynajmniej jedną taką mozaikę w swoich zbiorach. Jednak zazwyczaj cieszono oczy jakąś gołą nimfą czy brodatym Eosem, wedle upodobań. Mapy, niestety, układano dość rzadko. Z tego właśnie powodu Mapa z kościoła w Madabie jest tak cenna.

Mapa z Madaby

W Madabie u przemiłych policjantek turystycznych (bo jak przetłumaczyć inaczej turist police?) zaopatrzyłem się z dokładniejszą nieco mapę okolic i ruszyłem asfaltową wstęgą szosy. Późno już było, ale i tak miałem zamiar spać pod gołym niebem, więc nie przeszkadzało mi to zbytnio. Co jakiś czas tylko musiałem zatrzymującym się kierowcom odpowiadać, że nie, nie potrzebuję taksówki, uśmiechać się grzecznie słysząc jak bardzo specjalna jest cena za podwiezienie mnie, potwierdzać, że wiem jak daleko jest do Źródeł Ma'in, które podawałem jako cel marszruty i prostować, że nie jest to 50 kilometrów a tylko 25. Aż zatrzymali się oni - Biała Kia.

Moab o zachodzie słońca.

- Hello! - Hello! - Dokąd. - Źródła Ma'in. - To bardzo daleko, ty wiesz? - Wiem. - 40... nie 70 kilometrów...
- Właściwie to już mniej niż 30...
- Niee. Mówisz po arabsku? Ja nie mówię po angielsku.
- Niestety, po arabsku szłej, szłej (bardzo mało).
- Czekaj, zadzwonię. - to mówiąc już stukał w klawiaturę telefonu, by znaleźć po drugiej stronie łącza kogoś, kto może mi wybić mój pomysł z głowy. - Siadaj ? rzucił w przerwie wskazując na tylną kanapę samochodu. Podczas gdy kierowca wybierał kolejne numery pasażer próbował jeszcze raz mi wyperswadować mój pomysł.
- Daleko, nie ma hotelu, psy! Dzikie i groźne! Jak to po angielsku.... Mam! Wilki! I rabusie - okradną Cię i zabiją dla kilku dolarów. - Kierowca porzucił telefon i dołączył się tworząc Duet Strachów.
- Tak, wilki! Niebezpiecznie, i nikt tu nie jeździ i nie ma autobusów - po czym obaj przeszli do clu programu
- Zrobimy tak: pojedziesz z nami z powrotem do Madaby o hotelu, a jutro rano weźmiesz taksówkę do Źródeł Ma'in.
- Ale ja nie chcę z powrotem i nie chcę do hotelu ? nieśmiało zaoponowałem. W odpowiedzi usłyszałem dalsze argumenty:
- Daleko... wilcy... nie ma autobusu... bandyci... daleko... hotel jest dobry... psy... daleko...
- Rozumiem, ale mnie nie rusza jak jest daleko, hotelu nie potrzebuję, a wilków i bandytów będę unikał.
- Ale to strasznie daleko, już późno, hotel jest w Madabie, wilki, bandyci, daleko, nie ma busa, hotelu, daleko, psy...

Spędziłem tak uroczy kwadrans, w międzyczasie słońce schowało się za horyzontem i czas był ruszać dalej. Że zmarnowany czas, zapytacie? Właściwie i tak miałem przystanąć, by odpocząć kapkę, a oni chcieli mi pomóc, z dobrego serca. Podziękowałem więc, pożegnałem się i założyłem wór na plecy. Panowie pomachali mi jeszcze przez okno, ruszyli i... zawrócili do Madaby. W tym momencie ja się zatrzymałem, ze zdziwienia. Jechali specjalnie do mnie te 5km? Rozmyślili się co do dalszej jazdy? Skąd wiedzieli, że będę na drodze? To byli jacyś akwizytorzy hotelowi? Na przejażdżkę się wybrali? To są skutki zbyt taniej benzyny? O co tu w ogóle chodzi!? Pytania te do dziś pozostają bez odpowiedzi...

zmierzch

Jeżeli chodzi o realne zagrożenia (brak hotelowych ręczników pozostawię w innej skrzyneczce) to mieli rację co do psów. Od czasu do czasu, w tym i dwadzieścia minut po rozstaniu z Panami z Białej Kii, muszę staczać potyczki z psami. Wilki możemy zostawić raczej Czerwonemu Kapturkowi (arab. Zed Ar-Red' Al-Ahuar), w przewodnikach piszą o dzikich psach. Raczej są to psy pozostawione samopas. Nie są takie dzikie, bo żyją nieopodal lub w wioskach. Są dzikie, bo Arabowie niebyt przejmują się humanitarnym traktowaniem zwierząt i psy nauczone są agresji. Są tresowane, bo wystarczy schylić się udając, że podnosi się kamień, a już skaczą do odwrotu. Nie należy jednak ich bagatelizować, bo zazwyczaj jest ich kilka, jak to psy lubią atakować od tyłu i tak czy siak traci się przez nie trochę czasu. Jedynym plusem jest to, że ujadają niemiłosiernie i można trochę lokalizować je na słuch. Problem psów skończył się jak tylko wyszedłem z terenu zabudowanego...

Złapałem stopa, przespałem się na krawędzi głębokiej wadi obok Źródeł Ma'in, złapałem stopa i stanąłem pod zamkiem Mukawir znanym też jako Macherus lub Macheront. I tu znów spotykamy św. Jana Chrzciciela. Zazwyczaj, gdy patrzymy na wizerunki świętych św. Jana łatwo szybko wyłuskać z tłumu, bo ma on dwie głowy - jedną na miejscu, a drugą na talerzu. A wiąże się to właśnie z Mukawirem.

Osady ze źródeł Ma'in.

2000 lat temu tereny te były żyzne i dla ich obrony, na 100 lat przed Chrystusem na szczycie jednego ze wzniesień wzniesiono twierdzę. Jak to z twierdzami bywa kilkadziesiąt lat później ją zniszczono, a potem odbudowano. Czynów tych, choć nie swoimi rękami dokonali Aleksander Jannaj - król Judei, Aulus Gabinius - rzymski generał oraz powszechnie znany Herod Wielki, od rzezi niewiniątek. Następnie, jak to bywa z twierdzami dostała się ona w spadku synowi Heroda W. Herodowi Antypasowi. Nie wiadomo czy Antypas imię zawdzięcza swojemu nastawieniu do uciskania brzucha, ważne jest natomiast, że lubił się zabawić. A że bawić się ciężko samemu poślubił Herodiadę. Tu trochę się gubię, bo Herodiada była wnuczką Heroda Wielkiego i żoną przyrodniego brata Heroda Antypasa, Heroda Filipa. Współcześni im Żydzi też się nieco pogubili i uznali, że taki bałagan niezgodny jest z prawem. Tu na scenę wkracza św. Jan Chrzciciel stając się vox populi, a więc i vox dei oraz jedną z twarzy protestujących. Nie w smak było to rządzącej parze, ale żeby nie było tak prosto intryga się komplikuje. Herodiada chce śmierci św. Jana, namawia więc swoją córkę Salome III, by ta posłużyła się rozpustnym (o tfu!) podstępem.

 Zamek Mukawir

Pewnego wieczora na zamku Mukawir Salome staje przed obliczem Heroda (swojego ojczyma i stryja) i zaczyna przed nim tańczyć taniec siedmiu zasłon. W zamian... spada pierwsza zasłona... chce jedynie... spada druga zasłona... dostać... trzecia zasłona... na tacy... czwarta zasłona... głowę... piąta zas... głowę... szós-ta.. św. Jana! Opada siódma zasłona, kurtyna i topór kata. Pornografia i przemoc, fullHD i 5D. Takie to sceny oglądały kamienie ze ścian zamku Mukawir. Ja oglądałem tylko kamienie.

Wadi - doliny pustynne

Stąd do Morza Martwego jest tylko 7 kilometrów. 90 minut marszu zamieniło się w 3,5 godziny. Droga schodziła w dół i to była jedyna pomoc ze strony przyrody. Nie używana zbyt często miejscami przechodziła w kamieniste osuwiska. Bardziej płaskie fragmenty lekko zarastały, z tym że rośliny najeżone były kolcami wystającymi we wszystkich kierunkach i czyhającymi na moje przechodzące obok stopy. Gotowe były zawsze zaatakować zdradzieckim cierniem, o ile właśnie nie patrzyłem. A do tego upał. Może nie jest to jeszcze lato, ale i ja nie przyzwyczaiłem się jeszcze do żaru lejącego się na mnie z nieba i bijącego od ziemi. A jedyny cień, który był w zasięgu mojego wzroku, to ten rzucany przeze mnie i mój plecak. Krótko mówiąc - wspaniała przygoda, a jeżeli jeszcze dorzucić do tego silny, porywisty i również gorący wiatr oraz bajeczne widoki, to pisząc te słowa mam wielką ochotę złapać plecak i tam wrócić :)

Panorama pustyni.

Droga na pustyni

Kwiat z kolcami.

Zachód słońca na pustyni.

Spałem z widokiem na Morze Martwe.

Zachód nad Morzem Martwym.

sobota, 21 maja 2011
Stolica amonitów

Nie-e! Nie amonitów, a Ammonitów! Stąd właśnie nazwa Amman.

Meczet Husseina
Miasto ma długą historię. Na tyle długą, że starczyłoby jej na trzy Polski i jeszcze trochę by zostało. Jest ona długa nawet jak na te tereny, choć trzeba przyznać, że przez jej prawie jedną trzecią nie znaleźlibyśmy go na mapie. Cóż, Ptolemeusz II pomyślał, że ładniejsza będzie nazwa Filadelfia i do Ammonu wrócili dopiero damasceńscy kalifowie.
W 985r. n.e. geograf arabski Al-Mukaddasi pisze o Ammanie, że"to Miecz Pustyni położony na skraju pustyni, ma wokół siebie liczne wioski i pola pszenicy. Dystrykt Al-Balka, którego jest stolicą, obfituje w zboża i stada, ma także liczne potoki, których wody napędzają młyny. Zamek Goliata stoi na wzgórzu nad miastem."

Cytadela w Ammanie
Dziś trochę się pozmieniało - liczne wioski zostały wchłonięte, a woda została schowana w system kanalizacyjny tak dobrze, że nie widać jej zupełnie. Dodatkowo Amman wypił już otaczające go mokradła i jest powodem dość sporego niedoboru wód gruntowych w okolicy.
Ale nie tak szybko! Choć nie, właściwie to bardzo szybko - jeszcze w 1806r. Amman był miastem niezamieszkałym, używanym przez rolników jako tymczasowy magazyn. W tym czasie część uciekających z Kaukazu Czerkiesów, zachęcona przez władze z Istambułu osiedliła się w Ammanie i okolicach. Niecałe sto lat później dociera do Ammanu linia Damaszek-Medyna i Amman poszczycić się może 3000 mieszkańców. Warszawa dobija wtedy do miliona. Mimo trzęsienia ziemi w 1927r. stolica rozwija się nadal i po II WŚ ma już około 25 000 mieszkańców. A potem dokonuje się niezwykły skok:
- w 1967r. w Ammanie mieszkało już 433 000 ludzi
- w latach 1972-82, podczas boomu naftowego u sąsiadów, nowym miejscom pracy tam powstałym i napływowi gotówki od wyjeżdżających na saksy stolica powiększyła się 2,5 raza do 54km2
- po wojnie 1991r. kolejna fala - po powrocie ponad 300 tys. Palestyńczyków i Jordańczyków wydalonych z krajów Zatoki Perskiej.
Dziś Amman liczy około 2 mln mieszkańców. 3 000 w roku 1908 i 2 000 000 w 2008! Zastanawiam się jak odczuł to ktoś, kto przeżył ten wiek w mieście.

Domy w Ammanie

A co mnie najbardziej urzekło w mieście? Położenie! Miasto jest jak rozłożony na wzgórzach dywan. Ulice śmigają góra-dół-góra-dół. A i o zgubienie się jest bardzo łatwo, bo nie ma jakiejś konkretnej siatki ulic. Dla szwendaczy - raj! 
 

19:34, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 maja 2011
Nie jestem przesądny, nie jestem przesądny...

Jadę sobie. Autobusem. Do Ammanu w Jordanii. Nie jestem przesądny, ale to moje trzecie podejście, więc musi się udać. Bilet kupiłem o 13:13, przez przypadek. Gdybym wiedział zaczekałbym chwilkę, nie żebym był przesądny, ale to moje trzecie podejście. Wiadomo, do trzech razy sztuka i nie chcę zapeszyć. Dostałem bilet do łapek i byłem cały w skowronkach. No, dopóki jeden ze skowronków nie postukał mnie dzióbkiem w ramię i nie pokazał okienka ?seat No.?. Siedzenia są tu przydzielane i nie można ich zmieniać, jak miejsca w mojej pracowni ZPT w podstawówce. Z tym, że tam nie miałem miejsca numer 13. Ale nic to! Przecież jadę. Nic się nie stało, jest poniedziałek, dziewiąty nie trzynasty. Nie istnieje coś takiego jak fatum. Gdyby jeszcze nie to, że właściwie powinienem się zameldować. Na granicy mogą być problemy. Na wizie jest namazane, iż należy dopełnić obowiązku meldunkowego dla obcokrajowców w przypadku pozostawania na terytorium Arabskiej Republiki Syrii przez ponad 15 dni. Ja jestem już 29 dni (3*13 przeleciało mi przez głowę, ale nie.. zmyliła mnie ta dziewiątka). Może i policja powiedziała mi, żebym się nie gotował i w zasadzie do miesiąca to mogę to olać. Arabskie podejście do przepisów, ale niepokój gdzieś tam kiełkuje, przebija się przez kolejne warstwy duszy. Mam nadzieję też, że nie cofną nas na kolejnej kontroli policyjnej. Już raz tak miałem ? parę zdań rzuconych przez dresa z kałachem i autobus zrobił w tył zwrot. Ale to było w sobotę, a sobota tu jak piątek ? pechowa dla podróżnych. No nie, nie żebym był przesądny! Tak to jest po prostu. Rozglądam się po autobusie. Niewielu nas, pasażerów. W przewodniku napisali, by rezerwować bilety, a nas tu zaledwie garstka. Cóż, czasy niepokoju ? pech dla turystyki. Precz przesądy. Ile nas jest osób właściwie? Sześć, siedem, osiem, ech ta ciekawość, dwanaście, niee... Raz, dwa, trzy... Właściwie to piętnaście, z kierowcą i stewardem pokładowym. Ale oni nie są pasażerami. Pasażerów jest więc... Nie jestem przesądny... Nie jestem przesądny... Nie jestem...

Jestem w Jordanii!

 

 Mój bilet.

 Flaga na maszcie w Ammanie - jest to najwyższy wolnostojący maszt na świecie.

Gwoli sprostowania:
przemknąłem w drodze z Cypru do Jordanii przez kawałek Turcji i Syrię, ale relacje z tamtych krain zamieszczę w drodze powrotnej. Przynajmniej taki mam plan by wracać tamtędy. Na razie będę, póki wiza i portfel pozwolą, przemierzał półpustynie i góry u Haszymidów. Blog więc zyska na aktualności, a straci na wilgotności. Następny krok: zmiasta w pagóry!

Czuję się dobrze, schudłem na diecie ŻM, mam lekki niebodór gotówki w stosunku do założeń(ale lekki, mam na to wykresy a'la GeoSpołeko), po arabsku już czytam, choć jeszcze nie wiem co znaczy to, co przeczytam. Za to nadal nie odnalazłem zaginionego czasu, więc niedoczas mi pozostał :)

10:44, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 maja 2011
Jeżeli całuje Cię facet, to jest to Azja

Siedzę przy stole w kawiarni. Przed chwilą całowałem się z facetem. Jakby to źle nie brzmiało. Ale jak już opanujecie rechot, to wyobraźcie sobie sytuację opisaną zdaniem ?Koleżanka podeszła do mnie i pocałowałyśmy się na przywitanie?. Pomijając różowe perwersje nie doszukujemy się tu od razu homoseksualnych podtekstów, języczków i ataków na strefy erogenne. Wręcz przeciwnie, bez mojej interwencji nikt pewnie by nie zauważył, że w tym zdaniu jest cokolwiek dziwnego. Więc grzecznie podstawmy kolegów za koleżanki i wot! cała sprawa. A tu po prostu tak się robi. To Azja.

Siedzę w pizzeri. Właśnie wszedłem zapytać o kafejkę intrenetową i dostałem internet oraz sprzedano mi herbatę. Trochę w ramach ?walki o złotą filiżankę?, a bardziej nawet w ramach doskonałej szkoły azjatyckiego biznesu. Pewnie jeszcze natną mnie na rachunku...
Ech... nie myliłem się...

Siedzę na siedzeniu pasażera i wpatruję się w dźwigienkę przy kierownicy. Takiej samej polscy kierowcy używają do przełączania świateł czy włączania wycieraczek. Tutaj jedna z nich to klakson. Biiip, biiip, tu jestem, zauważ mnie, nie rób niczego głupiego, ja jadę, hej, cześć Ahmed, jak jedziesz, jak leziesz, wesoło mi biiip, biiiiiip!

Siedzę przy stole z Babą, właścicielem sieci restauracji. Jemy obiad, czerwone wino, grillowane wątróbki, sos. Obok leżą sztućce. Leżą, bo jemy palcami, tak samo jak rano łapaliśmy chlebem postawione przed nami jajko sadzone. Tak jak się łapie coś przez serwetkę, tyle, że serwetki się nie zjada. Słucham tureckiej historii o zrealizowanym amerykańskim śnie. Od tragarza do Króla Skrzydełek. Od noszenia pudeł do dbania o jakichś 150 pracowników i tysiące klientów. Restauracja ma pięć pięter i 4500 miejsc. Bo to Azja.

Siedzę z Barişem, synem Baby w poczekalni dworca morskiego. Jest godzina 10:15 i rozmawiamy o modelach rodziny w Polsce i Turcji. Czekamy na prom, właściwie autobus morski, o 9:30. Yavaş, yavaş. Pomalutku, powoli. Nie ma się gdzie spieszyć. Od Pekinu po Istambuł czas nie płynie, on spływa.

Siedzę w herbaciarni i piję herbatę. Herbata jest w szklance mikroskopijnej jak na nasze przyzwyczajenia. Charakterystycznie rozszerzona u dołu i na górze mieści tylko kilka łyków płynu. Nie szkodzi, zamówimy następną. I jeszcze jedną, i jeszcze. Czasem mam wrażenie, że szklanki są tak małe, żeby częściej można było zamawiać. Gorąca herbata spływa w gardle pozostawiając słodki smak cukru. Herbata musi być słodka i gorąca. Gdy wystygnie zostaje na dnie szklaneczki i kelner zabierze ją do kuchni. Czasem więc siedzę i pilnuję reszty herbaty zostawionej na ?za chwilę.

Siedzę w Azji. Moja siostra, Azja.

krajobraz z chmurami

grobowce w skale

 Syryjczyk

07:30, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 maja 2011
Cóż żreć i inne ceny - Cypr 2011

Papu wiadomo - ważna sprawa. A że kraj nieco odmienny od naszego ziemniaczaństwa, to i jedzenie znajdziemy inne.

W każdej szanującej się restauracji z daniami tradycyjnymi znajdziemy miejscowe przysmaki, ale zacznijmy od czegoś zarówno lokalnego, jak i znanego nam z domu - kebap czyli po naszemu kebab nie wygląda jednak tak samo. Można spotkać go w wersji kanapkowej, najlepiej nam znanej, w cienkim arabskim chlebie. Częściej jednak dostaniemy go na talerzu z ryżem i jakimiś warzywkami. Podobnie z szałormą.
Typowo miejscowe dania to na przykład suflaki - coś jak małe zraziki lub szaszłyki, szetfalia - rodzaj mielonego skrzyżowanego z kaszanką, bo w kiszce, czy dolmades ? prawie nasze gołąbki, różnica podstawowa to zamiana kapusty na liście winogron. Jeżeli chcemy spróbować tego wszystkiego i wielu innych rzeczy zamawiamy meze, czyli popis szefa kuchni. Drogie to i wymagają zazwyczaj zamówienia przynajmniej dwóch porcji naraz (czyli przynajmniej dla dwóch osób), ale szybko możemy poznać cypryjską kuchnię. Są też wersje z owoców morza i mieszana.
Dla wegetarian też coś się znajdzie ? podróż na Cypr będzie podróżą w krainę produktów mlecznych, zwłaszcza serów owczych i kozich. Jogurt można jeść do wszystkiego, nawet z chlebem (jak drzewiej ponoć bywało i u nas). O jego popularności świadczy między innymi to, że w sprzedaży są pojemniki 2250g. Ot, wiaderko takie. Do jogurtu ser haloumi, podobny do naszego oscypka (można też go spotkać na ciepło w ?haloumiburgerach?) albo anari, trochę bezsmakowy ser kozi.
Sałatki polecam dwie: taramosalata, z różowej ikry oraz rosyjską, jako że Cypr zamieszkuje wielu Rosjan. Obie w wersji w pojemniczkach i na wagę.
Na deser pastelaki. To batony z sezamu i różnych orzechów, większa wersja naszych sezamków. Albo kanapkę z syropem z karobu, słodkość przyjazna dla cukrzyków.
Można też dostać, jak przyciśnie kogoś nostalgia, produkty z polski w zwykłych marketach, ponadto są też polskie sklepy, sklepy rosyjskie i sklepy bułgarskie.

 

Problemem mogą być ceny. Trochę się to rozumie, gdy przemyśli się to na spokojnie popijając grecką wodę (lub niemieckie mleko), jedząc libańską fasolę, szwajcarską czekoladę czy włoskie pomidory. Wyspa rządzi się swoimi prawami.

Przykładowe ceny (III 2011):
- chleb ok.1kg - od 1,40euro do ponad 2,00euro,
- sok 1l - od 0,70euro w marketowej promocji do 2,50euro w małych osiedlowych sklepikach,
- fasola w sosie pomidorowym, puszka ok. 400g - 0,70-1,00euro,
- ser żółty na wagę - od 5,00euro,
- taramosalata na wagę - ok 2,50 za kg (przynajmniej dwa razy taniej niż za opakowanie wzięte z półki),
- jogurt 200g - ok 1,00euro,
- porcja meze w restauracji - 15,00-20,00euro,
- sandwich/kebab/shaorma - 5,00-10,00euro,
- piwo za 0,66l - ok.1,30euro w sklepie, od 1,50euro w pubie (widziałem też promocje ?do każdej pinty piwa druga gratis?, ale tu należy uważać, bo Cypr się kontynentalizuje i widziałem też napis "pinta 0,5l"= jeśli to była prawda to był to taki metr o długości 90cm),
- woda 1,5l - ok. 0,7euro (warto nadmienić, że woda z kranu na Cyprze oficjalnie nadaje się do picia).

Inne ceny:
- bilety do większości muzeów 1,70euro (nie ma zniżek studenckich),
- do mozaik w Pafos, na zamek w Lemessos, do sanktuarium Afrodyty w Koukli cena jest podwójna
muzea prywatne są jeszcze droższe (np. Muzeum Winiarstwa Cypryjskiego 4,00euro, Baths of Adonis 9,00euro),
- są muzea bezpłatne, a część miejsc w jednym mieście powiązanych ze sobą można zwiedzać na jednym bilecie (np. Muzeum Archeologiczne w Larnace i pozostałości starożytnego Kurion)
na północy zaś ceny są bardzo różne (5,00-15,00 lirów), ale za to są studenckie zniżki,
- znaczek na list/pocztówkę z południa do Polski (strefa UE) - 0,55euro,
- pocztówki od 0,30euro.

11:15, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2