podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
sobota, 25 czerwca 2011
Petra, czyli dwa i pół świata

Nabatejczycy. Raz opisywani tu jako "protobeduini", raz jako "hellenistyczny korzeń kultury arabskiej". Ich państwo leży trochę na uboczu naszych zainteresowań, bo na wschód od Jordanu, ale za czasów Chrystusa, gdyby tenże chciał pojechać gdzieś dalej, a Sharm al-Sheikh by go nie kusiło, musiałby pojechać do Nabatei.

Od Edomu na północy prawie po Medynę na południu.Pfff, prychniecie, toż to pustynia! Racja, ale pamiętajcie, że dobrze usytuowana pustynia to żyła złota. Nabatejczycy dzięki swemu położeniu nie kontrolowali bogactw naturalnych, oni kontrolowali szlaki handlowe. Cokolwiek chcieliście przewieźć z Półwyspu Arabskiego na zachód zazwyczaj przechodziło przez Nabateję. A najcenniejsze były wschodnie przyprawy. I tak właśnie Nabatejczycy dorobili się skarbu, a zatem naturalnie i Skarbca. Szast, prast wsadzili tam potem, na spółkę z Krzyżakami, Krzyżowcami i Krzynówkiem Świętego Graala i zaprosili na poszukiwania Indianę Jones'a i Harrisona Forda.

Nie dziwmy się, że poszukiwania zajęły mu cały film. Ja też, gdy jechałem w to miejsce stopem, powiedziałem "Wadi Musa" - to nazwa sporej wioski-miasteczka leżącego u wejścia do Petry. Tak widniało na mapie. Kierowca z rozbawieniem zagrał w moją grę odpowiadając "a gdzie to?".

Tłumy pielgrzymujących tam turystów nie zawracają sobie głowy czy to Petra, Batra czy Wadi Musa. Podjeżdżają autokarem pod Sheratona czy jednego z Movenpick'ów i grzecznie idą za przewodnikiem zobaczyć ruiny. Stosy ruin. Biliony tryliardów kamieni, cegieł, okien i dziur po drzwiach. Tryliardy bilionów ochów, achów i pstryknięć migawki.

Na ławicę mówiącą po angielsku, niemiecku, francusku, japońsku, koreańsku, czy w innych popularnych językach czatują już myśliwi. Ci wyspecjalizowani drapieżcy od małego uczeni są trudnej sztuki wyławiania ze stada najsłabszej sztuki. Nie kończyli szkół i nie uczyli się o tablicy Mendelejewa, to tu zupełnie niepotrzebne. Zagadują za to w dowolnie wybranym języki Układu Słonecznego pytając: pocztówkę? może przejażdżka na wielbłądzie? osioł-taxi? kamień z Petry? beduińskie ozdoby? Są skuteczni, podzieleni na łowiska i ułożeni w czytelną hierarchię.

Najniżej są sprzątacze usuwający pozostałości po koniach ciągnących dorożki, potem dzieci handlujące drobnicą i sprzedawcy naręczni, potem faceci prowadzący konie na przejażdżki, osiołkowi taksówkarze, wielbłądziarze, handlarze w odległych miejscach, potem ci coraz bliżej głównego nurtu turystycznej gawiedzi, wyżej fotografowie i restauratorzy, a na czubku piramidy - przewodnicy. Rdzenni Beduini, z których każdy urodził się w jaskiniach Petry, znający języki i posiadający licencję. W efekcie tego posiadają również najcenniejsze współczesne złoże tej ziemi – turystów.

Onegdaj, jak zaznaczono w annałach, wstęp do Petry kosztował 21, 32, ###### odpowiednio za jeden, dwa i więcej dni zwiedzania. Po tym jak Petra wygrała w plebiscycie na Nowe Siedem Cudów Świata postanowiono dla uproszczenia liczenia zrezygnować z końcówek i dziś ceny to 50, 55 i 60 dinarów, czyli ok. 200, 220 i 240 złotych. Nawet Niemcy czy Kanadyjczycy mówili mi, że ich portfele łkają wypłacając taką sumę. Ale turystę można wyżymać i wykręcać do woli, wszak ludzie wpadają tu specjalnie z Izraela na jeden dzień zwiedzania (podliczmy szybko 20 wiza + 30 dojazd, nocleg, żarcie + 50 bilet + 10 podatek wyjazdowy = prawie pięć stów za jednodniową atrakcję, a stać i naszych rodaków na to). Oczywiście turyści w większości przyjechali tu właśnie po to, by zrobić sobie zdjęcie na wielbłądzie i kupić kapelusz a'la Jones. Zaledwie garstka oderwie się od cyca przewodnickiego i samodzielnie zapuści się tam, gdzie cisza i spokój. W boczną uliczkę.

A to właśnie boczna uliczka jest dla mnie najatrakcyjniejszą częścią Petry. Wadi al-Mudhrim - wymagający miejscami wspinaczki (ale łatwiutkiej) bardzo wąski kanion. I nie ma tam prawie nikogo - spotkałem dwie osoby, więc jest to "zupełne nikogo" na miarę Petry. Oczywiście warto jest zobaczyć standard turystyczny, ale i warto zostać dłużej i spenetrować co nieco po bokach.

Tam bowiem można zobaczyć jak żyją Beduini sprzedający w Petrze mydło i powidło. Zaciągnąć się można zapachem kurniko-oboro-stajni. Można zostać zaczepionym przez bardziej typowego arabskiego żebrzącego wyrostka "jestem głodny, daj pieniądze" czy mniej typowe dziecko "wskażę drogę, daj dinara". Albo napić się herbaty z siedzącym przy drodze Beduinem. Aż wreszcie osiągnąć takie miejsca, z których wracając wszyscy będą sprawdzać czy masz bilet, bowiem to właśnie wszyscy żyjący z Petry chcą dopilnować byś zapłacił ten horrendalny haracz. Z drugiej strony, Drogie Czytacze, pieniądze są tylko środkiem do celu, a Petrę naprawdę warto zobaczyć!

PS. Ile można oglądać kamienie i grobowce? Dla odmiany poświęciłem pół dnia na polowanie na stonkę. A żeby nie było, że jestem kimś lepszym, to też się upolowałem...
Podobną pamiątkę można rownież w Petrze nabyć - Ty wraz z Twoją grupą wycieczkową na zdjęciu z Petry! Ale było robione Nikonem, więc się nie skusiłem i strzeliłem swoje :P

PS/2
Nie widać zdjęć? No, nie widać, bo nie ma. A szkoda, żałujcie i oczekujcie. Na razie będę mił z tym problem, bo miejscowi ochroniarze systemu znaleźli kabelek od netu i zagryźli na nim swe zębiska. Internet hula więc z przerwami, upload zdjęć nie działa. Facebook takoż. Proszę więc uzbroić się w cierpliwość - miejscowi się zbroją :P Na razie posłużcie się, proszę, oczami wyobraźni.

środa, 15 czerwca 2011
Siedziałem pod nawisem...

Siedziałem pod nawisem skalnym, na który spadały pierwsze krople deszczu. Siedziałem i patrzyłem jak jordańska rodzina pospiesznie zwija piknik. Dwójka rodziców, trzy dziewczyny i chłopak w wieku licealno-studenckim. Sześć osób, minivan, raczej rodzina. Z zamieszania przy samochodzie wyrwał się chłopak z dziewczyną i, mimo siąpiącego deszczu, skierowali ku mnie swoje kroki. Parę schodków, trzydzieści metrów, skąd, dokąd - parę pytań. I tak stałem się posiadaczem banana, jabłka i pomarańczy. To ponoć bliskowschodni zwyczaj podarować podróżnemu owoc. Taki gest przyjaźni i pustynnego braterstwa. Niesamowicie miły.

Owoce kaktusa.

Chwilę po powrocie mojej dwójki do samochodu w moją stronę ponownie ruszyli, tym razem ten sam chłopak i trzy dziewczyny.
- Słyszałam od brata, że jesteś adventurerem - zapytała jedna z dziewczyn.
- Czymś w tym stylu - odparłem, bo ani tego się nie da przetłumaczyć, ani nie wiem czy pasuje to do mnie. Ja bym się bardziej określił angielskim słowem "hobo" oznaczającym kogoś pomiędzy lumpem a włóczęgą.
- To wizytówka mojego ojca, gdybyś potrzebował czegoś w Jordanii, jakiejś pomocy, albo czegoś innego to zadzwoń.

Owoce-czerwone kulki.

Nadal dziwią mnie takie sytuacje. To nie pierwsza wizytówka, którą dostałem z takimi słowami, co nie oznacza, że przestałem się temu dziwić. Zadziwia mnie też kolektywność działania tutejszych. Mówimy o wspólnym, bardzo bliskim, życiu Chińczyków, przytaczamy tokijskie metro dla uzmysłowienia różnicy pomiędzy strefą osobistą Azjaty i Europejczyka, a to wszystko zaczyna się już za Bosforem. Cztery osoby podeszły do mnie w padającym niespiesznie, acz wielkimi kroplami deszczu, by przynieść jedną wizytówkę.
Zdziwiony patrzyłem na odjeżdżający samochód.
Uśmiechałem się. Może do siebie, a może do wszystkich.

Drzewo oliwne.

14:56, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Quizzz podróżniczo-arabski

Dziś coś z innej beczki - test bez nagród :) Przygotowałem dla Was 20 pytań. Właściwie nie są to pytania sensu stricto, a raczej sytuacje, w jakich może Was postawić podróżowanie po Bliskiem Wschodzie oraz zagadnienia do przemyślenia. Tu nie ma prawidłowych odpowiedzi. Ta psychozabawa powinna też zbliżyć Was do ogólnych klimatów i logiki tych okolic. I powiedzmy to wprost - Wschód nie jest dla każdego, co nie oznacza bynajmniej wywyższania jednych i poniżania drugich. Po prostu różnych ludzi bawią różne rzeczy i nie każdy jest kryptomasochistą :)
Końcowe pytazadania są przeznaczone tylko dla jednej płci (K) lub (M).

Napis na murze "Viva Egypt"

* * * * *

Idziesz ulicą i ktoś ewidentnie na Ciebie psyka, tak jak ucisza się robiąc "pst!", tylko tak głośno jak się tylko da i raz po raz. Albo strzela palcami, jak na kelnera w podrzędnym barze.

Na końcu ulicy, którą idziesz stoi dom z szerokim balkonem na drugim piętrze. Stojący tam chłopcy, gdy tylko Cię zobaczą, krzyczą "hello". Do budynku masz jeszcze ponad 50 metrów, ale oni nie ustają w wysiłkach i na całe gardło krzyczą raz po raz "hello, hello". Gdy już podejdziesz na rozsądną dla nas odległość i odkrzykniesz ?hello? oni nie przestaną. Po ulicy niesie się gromkie ?hello, hello, hello!?

Przechodzień zatrzymuje Cię i pyta "Do You speak english?". "Yes, I do" odpowiadasz, ale jego znajomość angielskiego się już wyczerpała.

Chłopak mówi do Ciebie "My name is?"

Flaga Joradanii namalowana na murze odcskami dłoni.

Chcesz przejść przez jezdnię, a na pasach, dokładnie przed tobą zatrzymuje się taksówka. Taksówkarz chce wiedzieć dokąd się udajesz.

Przechodząc obok warsztatu samochodowego dwóch mechaników po czterdziestce proponuje Ci herbatę wewnątrz zakładu.

Spotykasz będące na wycieczce dwie klasy w wieku gimnazjalnym. Każde z uczniów chce wiedzieć jak się nazywasz, skąd jesteś i żeby napisać jego imię łacińskim alfabetem. Chcą by im zrobić zdjęcie, każdy z każdym.

Prosząc o danie wegetariańskie dostajesz ryż z drobno posiekanym kurczakiem. Przecież prawie nie widać mięsa.

Wchodzisz do zabudowanego straganu, by dowiedzieć się gdzie można kupić chleb. Dostajesz chleb w prezencie i propozycję, by przyłączyć się do posiłku. Jest jajecznica, wszyscy jedzą rękami i chlebem.

Siadasz sobie na ławce z laptopem/zeszytem/książką/komórką. Za tobą staje dwóch młodzieńców i patrzą Ci przez ramię. Stają tak, że możesz usłyszeć jak im się włosy w nosie przy wdechu poruszają.

Przechodzący ulicą facet przed 50-tką w szeleszczącym dresie zatrzymuje Cię nagle i prosi "pasaport". Na pytanie po co, odpowiada pokazując na siebie palcem "polis".

Gdy idziesz chodnikiem drogę zastępuje Ci młody Arab pytając po angielsku "Łerraja?"

Sprzedawca próbuje Ci wcisnąć jakąś pierdołę za 9 setek. Specjalna cena, studencka, tylko dla Ciebie. Nie potrzebujesz tego, próbujesz wyjść ze sklepu. W trakcie procesu powstrzymywania Cię cena spada do 75.

Dostajesz zaproszenie na herbatę do stojącego obok stolika. Po 10 minutach, gdy wyczerpie się już zasób angielskiego gospodarzy, a Twój arabski dużo wcześniej rozbije się o mur niewiedzy, oni zaczynają rozmawiać między sobą po arabsku jakby Ciebie już nie było.

Para żuków na źdźble trawy.

Wysiadasz z autobusu międzymiastowego i odkrywasz z przerażeniem, ze w luku nie ma Twojego bagażu. Chwilę później wyszczerzony od ucha do ucha Arab puka Cię w ramię i wskazuje na swoją taksówkę. Z jej otwartego bagażnika wystaje Twój plecak.

Rozmowa po angielsku.
- Hello. Podejdź tu do mnie.
- Hello.
- Dokąd idziesz.
- Szukam internetu.
- Do Petry?
- Nie, szukam internetu.
- Na zamek?
- Nie, szukam internetu.
- Aqaba?
- Nie, szukam...

Kafejka internetowa, krótka rozmowa skąd?dokąd?którędy? i chcesz skorzystać, ale przed dopuszczeniem Cię do komputera chłopak zza biurka pyta czy nie założysz z nim biznesu-szmateksu w Polsce.

Przejechawszy złapanym autostopem swoje 30km wsiadasz z uśmiechem i zabierasz plecak, gdy kierowca mówi "manej" pokazując Ci banknot pięciodinarowy. To ok. 20 złotych i cena za bilet autobusowy za 350km.

(K) Podróżujecie we dwie. Poznany w internecie, na forum dla podróżników, Arab zaproponował Wam gościnę i przez półtora dnia wszystko było w porządku. Naprawdę bardzo miło. Dostałyście spanie i jedzenie za darmo. Dziś zabrał Was swoim dżipem na wycieczkę po pustyni i do gorących źródeł. Zaproponował, żebyście się wykąpały w kostiumach bikini, a on będzie patrzył.

(M) W autokarze siedzący przy Tobie koleś po trzydziestce zagadał do Ciebie. Niezobowiązująca gadka-szmatka, skąd, dokąd itd. Wysiadacie razem, a on zamiast uścisku ręki na pożegnanie pochyla się by pocałować Cię w policzek.

Uczeń syryjskiej szkoły

Jak ja kocham tych Ludzi!!!

środa, 08 czerwca 2011
Nienawidzę kochać Arabów

Po pierwsze w prologu zaznaczyć chciałbym i podkreślić dobitnie, że post niniejszy NIE ma na celu wywyższania jednych nad drugimi, a jedynie wylanie żółci z wątroby i miodu, skąd miód się bierze. Tu jest jak jest, działa to wszystko i ludzie są szczęśliwi. Nie oznacza to jednak, że wszystko musi mi się tu podobać. A czasem jest i tak, że nienawidzę rzeczy, które mi się podobają. Wszystko ma dwie strony medalu.

Dawno temu, gdy nie znałem jeszcze żadnego Bliskowschodniaka, usłyszałem dowcip-wspomnienie (przepraszam z góry, jest niecenzuralny i nie da się go ugładzić):
Niegdyś wysyłaliśmy inżynierów-specjalistów do bratnich krajów arabskich. Parę lat później zawitali do tych krajów nasi turyści i właśnie jeden z nich mową kombinowaną poinformował miejscowego o swojej narodowości. Tamten tylko wyszczerzył się z nieukrywanej radości i wykrzyknął: ?Bolanda? I know!! Spierdalaj jebany arabusie!?.
Na początku żart mówił dla mnie o nauce obcych zwrotów bez poznawania ich treści znaczeniowej i o tym, że zazwyczaj innych obcych, dla zgrywy czy z przekory, uczymy czegoś brzydkiego. Jednak im dłużej znam Arabów, tym bardziej prawdziwa i zrozumiała jest dla mnie sytuacja pierwotna. Można stracić cierpliwość do tych ludzi, bo bardzo w tym pomagają :)
Zacznę od dziegciu, by na koniec miód został w ustach i wspomnieniach.

Trudno mi powiedzieć czego właściwie nienawidzę najbardziej. To chyba po prostu suma zachowań. Zawsze próbuję sobie jednak tłumaczyć powody takiego, a nie innego zachowania, więc i tu zagram adwokata i prokuratora w jednym.

Sprzedawca z supermarketu nalewa mi kawę

Przeraża mnie tutejsze podejście do czystości środowiska. Niektórzy mówią o Arabach ?brudasy? i, biorąc pod uwagę najprostsze znaczenie tego słowa, coś w tym jest. Oczywiście i u nas mnóstwo jest ludzi, którzy wierzą, że lodówki, jak tylko znajdą się w lesie stają się odpadem biodegradowalnym lub że jelenie je po nocach rozmontowują, ale tu śmiecenie ma zupełnie inny wymiar. Gdy jedziesz samochodem śmietnik zaczyna się już za oknem i wyrzuca się wszystko, jak do śmietnika. Gdy jesteś w domu śmietnik zaczyna się za ogrodzeniem posesji, o ile nie jest tam posesja sąsiada. Gdy piknikujesz, to nawet gdy siedzisz 5m od śmietnika możesz skończyć, wstać i zostawiając wszystko na ziemi pójść do domu. Oczywiście są tu służby sprzątające, nawet segregujące odpady, ale to jest praca wtórna.
Im dłużej tu siedzę tym, mam wrażenie, bardziej muszę się pilnować, by nie ?krakać tak jak oni?. Potężna jest siła konformizmu społecznego!
Myślę, że cały ten syf jest przez zbyt szybki skok cywilizacyjny. U nas dopiero niedawno dorośliśmy do tego, że nie do wszystkiego trzeba nam reklamówki, tu nawet szczoteczkę do zębów zapakowano mi w torebkę. Dziadkowie, którzy wygrzewają się dziś na słońcu jako dzieci jeździli na wielbłądach przez pustynię i jak zjedli daktyla to pestkę mogli wyciepać byle gdzie ? i tak się rozłożyła zanim wrócili. Dziś jest ich ponad dwa razy więcej i ich do każdego daktyla dołącza się reklamówkę. Stare przyzwyczajenia jednak zostały w społeczeństwie...
Gdy jesteśmy przy torebkach ? to chyba, jak i było wczoraj u nas, symbol dobrobytu. Dostajesz torebkę za darmo i do wszystkiego, znaczy sprzedawca Cię szanuje. Patrzą na mnie jak na kretyna, gdy mówię, że dziękuję za torebkę, że nie trzeba. Podobnie zostałem obśmiany, gdy w kiedyś w rozmowie wyszło, że nie mam samochodu. ?To ty biedak jesteś? usłyszałem. A mogę być i biedakiem, jednak wkurza mnie tutejsze klasyfikowanie człowieka ze względu na to czym jeździ i czego używa do dzwonienia. Możesz mieszkać w lepiance i nie dojadać, ale pierwsze co sobie kupisz to wypasiona komóra i odpowiedni wózek. Yalla! Dalej! Już jestem półtora pana. Ta gra pozorów mnie mierzi, bo sięga ona głęboko.

Kolejną rzeczą, do której nie mogę przywyknąć jest zupełnie inne podejście do prywatności. Zaglądanie w ekran laptopa, wypytywanie o wszystko, towarzyszenie wszędzie, z pominięciem toalety. Tu ludzie bardzo rzadko mieszkają sami. W domu zaś rzadko kiedy ktoś ma oddzielny pokój. Wszystko robi się kolektywnie, zachowując podział płciowy. Jemy wspólnie, śpimy razem, jeździmy z kumplami. Każdy zapyta drugiego ?jak się masz??, zatrzyma się pogada. My mówimy o postępującej atomizacji naszego społeczeństwa, tęsknimy wręcz do takiego zainteresowania drugim człowiekiem, jakie jest tutaj. Tu jest pięknie! Jak więc można tego nie lubić? Przesyt, moi Drodzy, jest tego dla mnie ciut za bardzo. I nawet nie mogę ich na bambus posłać, bo co 51. Arab winien jest, że poprzednie pół setki pytało mnie o to samo?

Sklep ze wszystkim.

Czego jeszcze mogę tu nie lubić? Stojąc po publicznej stronie lady i walcząc z zaprawionymi w bojach sprzedawcami - handlu! Turysta jest tu traktowany często jak dojna krowa, która zawsze ma miliony poupychane po kieszeniach. Można więc potraktować go jak idiotę i spróbować wycisnąć do cna. Targowanie się ma swoje uroki i jest dla nas nieodłączną cechą społeczności bliskowschodniej. Dobrze wpasowują się w ten schemat zawyżanie cen na początku, brak cen przy produktach na półkach i drobne kłamstewka o zniżkach, specjalnych okazjach itp. Ale stańcie z boku i popatrzcie jak zakupy robią miejscowi, którzy wiedzą jaki jest taryfikator i, co ważniejsze, sprzedawca wie, że oni wiedzą. Nie ma tu dłuższych walk o cenę, niż te prowadzone przez moją Matkę na targu w Białobrzegach. Ludzie podchodzą, biorą towar i idą do kasy. Nie pytają o cenę, bo mają pewność, że nikt ich nie oszwabi (czy raczej oarabi) i dobrze wyda resztę. Turysta zawsze musi pytać o cenę, bo inaczej sprzedadzą mu coś dwa, trzy, cztery razy drożej.
Sami jesteśmy temu winni! Sami ich tak wychowaliśmy, choć sporą część winy zrzucam na Westmanów. My w sklepach się nie targujemy, a gdy zaczęliśmy tu przyjeżdżać ich ceny mnożone przez trzy były dla nas atrakcyjne. Grzechem sprzedawcy jest nie sprzedawać drożej, gdy ma okazję! Bariera językowa też robi swoje ? gdy już handlarz nauczy się ceny ?one dinar?, to rzuca nią jak leci. Nieważne czy coś normalnie kosztuje naprawdę jednego dinara, 0,8, 0,65 czy 0,5. One dinar, one dinar, one dinar ? i liczyć jest łatwiej, i turysta rozumie. Jednak po ponad dwóch miesiącach tutaj, gdy już nieco znam cenniki, nuży mnie i irytuje, że nadal nie mogę oczekiwać tej samej uczciwości, jaką dostają miejscowi. Jak nie zapytam, to czeka mnie kłótnia o resztę, czyli targowanie post factum.

Pomnik czajniczka, nie wiem o co chodzi.

Generalnie irytuje mnie i przeraża prowizorka. Nieziemska. Działa? To co się czepiam? Przecież z kabli od ładowarek do komórek można zrobić kable do akumulatora samochodowego. Nie trzeba sięgać dwa metry dalej, by wyłączyć prąd - można na żywca skręcać kable, żeby żarówka zaświeciła. Że puszka elektryczna? Przecież tak działa. Miksując to z innym podejściem do ochrony środowiska, kanonów estetyki i okraszając to specyficznym pojmowaniem prawa dostajemy ciężką hybrydę. A czasem naprawdę niewiele wysiłku zdziałałoby cuda.

Lista powoli się wyczerpuje, ale jeszcze zostało arabskie wyolbrzymianie. Ludy miejscowe i ich języki są bazą dla religii Księgi. Jeżeli ktoś odczytuje słowa zawarte w Torze, Biblii czy Koranie dosłownie znaczy to, że najbliższy kontakt z Bliskim Wschodem miał przez budkę z kebabem. ?Panie, to będzie 50, nie 80, nie prawie 100 kilometrów!?. W ten sposób Jordania byłaby wielkości Kazachstanu, bo mijany za moment drogowskaz wskazuje 35km. Trzeba sporo wyczucia, by wiedzieć kiedy i przez ile podzielić podawane informacje. ?Bez hotelu spać? Tam niebezpiecznie, wilki, Panie?, czyli jak podejrzewam coś podobnego do Bieszczad, tam też wilcy wyją. Do tego dochodzą jeszcze dwie dezinformacje wynikające z własnych, partykularnych interesów oraz z dziwnej niemożności stwierdzenia ?nie wiem?. Tak więc autobusy nie jeżdżą, na dworzec jest za daleko, tylko taksówka (tu wracamy do handlu ? u mnie najtańsza). ?Hotel Korona jest tam? i dochodzi się do Hotelu Berło, albo Jabłko. Hotel to hotel.

Samochód z trzema znaczkami Mercedesa.

Do tego dochodzi jeszcze zachowanie, które z mojego, europejskiego punktu widzenia jest postrzeganiem się jako pępek świata. Chodź tu do mnie... bo chciałem Ci coś sprzedać, zapytać się o coś, zrobić Ci zdjęcie. Zatrzymaj się i pogadaj ze mną lub kup przejażdżkę na wielbłądzie. Zawsze masz dla mnie czas, turysto!

Dezyderata ?znalezione w kościele św. Pawła w Baltimore? radzą ?unikaj głośnych i hałaśliwych, unikaj głośnych są udręką ducha?. Stąd łatwo wywnioskować, że Baltimore nie leży na Bliskim Wschodzie. Hałas, agresja werbalna, natarczywość. Ciężko mi nie przykładać do tutejszego zachowania europejskiej normy.

I na koniec moja ?ulubiona? cecha Bliskiego Wschodu ? turysta to kretyn, ja wiem lepiej niż turysta. Najlepiej chyba zilustruje to następująca sytuacja: idę sobie z plecakiem ulicą, zaraz przy mnie zatrzymuje się samochód, uchyla się szyba i z wnętrza głos mówi ?Idziesz w złą stronę?. Nie, nie pominąłem niczego ? obcy koleś, który nic o mnie nie wie, mówi mi, że nie tędy droga do mojego celu. To miłe, ale.. jasnowidz czy co? Po chwili rozmowy okazuje się, że dobrze idę, bo idę zupełnie gdzieś indziej niż on wiedział. Nie ?zdawało mu się?, nie ?myślał?, tu się po prostu wie za turystę.

Uczennice szkoły podstawowej.

Rozpisałem się straszliwie! Czas więc na drugą stronę medalu. Będzie krótsza, bo dobrych rzeczy nie trzeba aż tak wyjaśniać.

Część opisanych wyżej zachowań ma źródło w zainteresowaniu innym człowiekiem. To jest piękne tutaj. Zazwyczaj bezinteresowna ciekawość co u Ciebie słychać, jak się czujesz, co porabiasz. Tu nie dzwoni się, nie umawia na wizyty u kogoś. Tu po prostu się do kogoś idzie w gości i siedzi się tam często kilka godzin. Życie towarzyskie, czy ładniej ujmując społeczne, ma pierwszeństwo przed wszystkim.

Z tym wiąże się gościnność. A właściwie Gościnność, bo jest to coś wielkiego. Kto z Was, widząc idącego ulicą turystę, wyszedłby do niego, poczekał aż się z Wami zrówna i zaprosił go do swojego domu na kolację i nocleg. Nie wiedząc zupełnie nic o facecie. A temu facetowi daje się co się ma w domu najlepszego, poza żoną oczywiście i dostosowuje się swoje plany do jego.
Nie mówię już o hektolitrach herbaty, którą tu wypiłem z miejscowymi. Nie da się tu skorzystać z każdego zaproszenia, bo podróżowanie trwałoby tu wieki.

Oko robiące zdjęcia.

Kolejna cecha, którą lubię - tu zawsze ludzie mają czas, nikt się nie spieszy, nie napina. Pełen luz. Może jest przez to nieco sennie i gnuśnie na pierwszy rzut oka, ale podoba mi się to, że można zawsze przerwać to co się robi, by napić się herbaty czy kawy. Mało kto zerka na zegarek, by zobaczyć tam minuty. Godziny to odpowiednia miara czasu, by zwracać na nią uwagę. Jedni powiedzą lenistwo, drudzy stwierdzą chillout. Prawda leży gdzieś pośrodku.

Sumując powyższe dochodzimy do wniosku, że Miejscowi są w stanie rzucić to co właśnie robią, by pomóc Ci. Mało kto wskazuje tu drogę i tłumaczy jak gdzieś dojść, przecież można tego kogoś zaprowadzić na miejsce. Czasem to postrzegam to jako nadopiekuńczość niemniej jest to miłe.

Bardzo podobają mi się meczety i sposób traktowania tej świętej przestrzeni. Ma to po trosze związek z tym czego nie lubię, mianowicie z pojmowaniem prawa w oparciu o własny interes. W Polsce kościół jest miejscem strasznie sformalizowanym, sztywnym i zimnym. Przynajmniej zazwyczaj. Tu meczet oprócz miejsca modlitwy spełnia też funkcję pierwotną - jest schronieniem. W większości meczetów można napić się za darmo wody (choć higiena ma tu inne ramy). Śpiący ludzie na dywanach nikogo nie poruszają, jest tu chłodno i przyjemnie, więc czemu nie odpocząć. Pogaduchy i spotkania znajomych? Przecież przychodzi się tu po to by się spotkać. Wspólnie pomodlić, ale i wspólnie spędzić czas. Oczywiście zdejmuje się buty z szacunku dla poświęconej ziemi, obowiązuje spokój i niehałasowanie. Bez przesady jednak, nie należy się przegrzewać, bo klimat i tak gorący jest.

Syryjczycy z Aleppo

Innego dnia rozmawiając z miejscową młodzieżą starszą (20-23lata) zeszło na fotki. Zeszło, to i w dłoni pojawiły się komórki i zaczęło się pokazywanie zdjęć. Aż na końcu pokazu wyświetliło się parę zdjęć króla Abdullaha II. Pomijam dyskusję na temat polityczny i nie chcę rozstrzygać, co jest lepsze: monarchia czy demokracja i jakie. To nie jest istotne. Moje pytanie brzmi: ilu znacie Polaków, którzy w telefonie mają zdjęcia prezydenta, premiera, szefa opozycyjnej partii czy choćby Piłsudskiego lub Dmowskiego? Nie podejrzewam o to nawet Narodowców.
Miejscowy patriotyzm jest silny i w sumie chyba niewymuszony, wpisany w kulturę. I to mi się bardzo podoba.

Kocham też poczucie bezpieczeństwa, tu na Bliskim Wschodzie. Może to brzmi jak sarkazm w obliczu telewizyjnych newsów, ale nie o geopolityczne bezpieczeństwo mi chodzi. Z lekkim sercem mogę tu zostawić na ławce plecak i zająć się robieniem zdjęć. Nie mam poczucia, że ktoś zaraz mi go buchnie. Oczywiście są tu złodzieje, trzeba zachowywać minimum ostrożności, ale odnoszę wrażenie, że to minimum jest tu nieco mniejsze. Ku mojemu zadowoleniu.

Elba - zdjęcie grupowe

Na sam koniec jeszcze raz powtórzę, że te wszystkie negatywy zamieszczone na początku nie świadczą o ?gorszości? miejscowych. Są po prostu faktem, obiektywnym lub subiektywnie postrzeganym okiem Europejczyka. Kocham tych ludzi, pomimo ich wszystkich wad i upierdliwości zachowania. Gdyby było inaczej lub gdybym uważał ich za cywilizacyjnie ułomnych już po tygodniu tu kupiłbym bilet na Korsykę czy Kanary - klimat podobny, a Europa. A ja siedzę tu dwa miesiące i chcę jeszcze. Jalla!

20:11, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Izraelsko-jordańska świnka morska

Al-Bahr Al-Maiit. Morze Martwe jest jak świnka morska, która to ani świnka, ani morska. Jezioro bezodpływowe zamieszkałe przez słonolubne bakterie. Powierzchnia Morza znajduje się pod powierzchnią morza. I to dobrze ponad 400 m. Cóż, tak bywa gdy bierze się dwa różne morza. Jednocześnie jest to najniższe miejsce na naszej planecie i owa najniższszość się wciąż pogłębia. Powodem tego jest dość dokładne wykorzystywanie wody przez Izrael i Jordanię, przez co zmniejsza się jej dopływ do Morza. Ponadto parowanie - jeżeli wierzymy w ocieplanie się klimatu, to naturalnym jego następstwem jest zwiększenie parowania i zmniejszenie ilości wody w Morzu Martwym. Jeżeli nie wierzymy? Cóż ja, przyczyniając się do zwiększenia ilości gazów cieplarnianych w atmosferze mam przynajmniej wraz z kacem moralnym satysfakcję, że pomagam bić światowy rekord najniższego miejsca na Ziemi.

Skały i sól nad Morzem Martwym.

Sople solne

Akwen ów jest jednocześnie cierniem z zadkach wojska i służb granicznych na obu brzegach. Średnia szerokość to ok. 10 km, doskonała na nocny wypad łódką na drugi brzeg. A z mojej perspektywy drugim brzegiem jest Zachodni Brzeg Jordanu, czyli terytoria zamieszkałe przez Palestyńczyków. Z tego powodu otoczenie Morza jest otoczone prze sieć punktów kontrolnych sprawdzających zawartość samochodów i paszportów podróżnych. Nie żeby była ona jakoś specjalnie szczelna, ale potencjalnym przemytnikom życia z pewnością nie ułatwia.

Krzyształy soli

Do pławienia się w Morzu służą plaże. Plaże są zamknięte, strzeżone, więc i płatne. Słyszałem, że około 10 dinarów za wejście, czyli jakieś 40 zł. W cenie piasek, prysznice ze słodką wodą i bardzo dużo towarzystwa. Z tej trójcy najbardziej potrzebny jest prysznic, by zmyć z ciała sól po kąpieli. Ponieważ nie jestem specjalnym fanem całodziennego plażowania postanowiłem znaleźć własne dojście i z butelką wody, ręcznikiem i aparatem zszedłem i zjechałem nad samą wodę po dość stromej skarpie. Oszczędzanie wymaga ofiarności.

Sól i skały nad Morzem Martwym

Przy wchodzeniu do wody trzeba uważać na ostre krawędzie, nie skał, a pokrywającej je skorupy solnych kryształów. To samo tyczy się już przebywania w wodzie - można się srodze poharatać przy zderzeniu z takim solnym jeżem. Za to kąpiel jest ciekawym przeżyciem. Woda jakby oleista zostawia na skórze odczuwalną warstewkę, która potem zamienia się w kryształki soli rosnące na Twoich włoskach. Z łatwością unosi człowieka, co sprawdzał już cesarz Wespazjan wrzucając do Morza paru niewolników. Mam nadzieję, że nie byli oni zbyt obciążeni kajdanami, bo zwiększyłoby to ich zanurzenie. To z kolei mogłoby spowodować, że owi testerzy opiliby się wody. Picia tej wody stanowczo odradzam, ale posmakowania jej, tak z palca, nie od razu pełną garścią, jest tym czego należy spróbować. Warto przy tym mieć na podorędziu butelkę z wodą zwykłą, a pitną.

Kamienie pokrywe solnymi krzyształami

Morze Martwe odhaczone na Wielkiej Podróżnej Liście Rzeczy do Zobaczenia - ruszam zobaczyć coś innego.

Skały w Morzu Martwym

Choć z drugiej strony
nad Martwym Morzem
podziwiać możem
dorodne melony.

Że tak zapoecę :)

melony znad Morza Martwego

13:08, endoftheworld
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2