podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
niedziela, 26 lipca 2009
Sieć bezprzewodowa jest niedostępna

Siedzę sobie w lesie i komputer mi mówi, że niestety nie złapał żadnej sieci w okolicy. Jak to jest?
Trudno mi w sumie sprecyzować kiełkujący we mnie pewien typ drążącego duszę niepokoju. Może się to brać z nieznajomości obyczajów, pewnych ogólnie znanych i przestrzeganych norm albo niuansów językowych. Z pewnością ma w tym swój udział moja, nie ukrywajmy, hołubiona i hodowana niefrasobliwość.
Jak to jest? Co właściwie wolno można, a czego surowo się wzbrania w szwajcarskich obszarach chronionych? Badanie tego zajmującego zagadnienia należy jednak poprzedzić wcześniejszym zgłębieniem szwajcarskiego systemu ochrony przyrody. Cóż, to że strony internetowe w języku niemieckim są dla mnie podobnie zrozumiałe tak przed jak i po użyciu sieciowych ałtotłumaczy powoduje we mnie niedobór wiedzy. Szwajcaria ma jeden park narodowy na południowym-wschodzie, do niego poniekąd zmierzam. Z tego co czytałem zabroniona jest tam standardowa lista przewinień od A-kumulacji runa leśnego do jego Z-bierania z paleniem ognisk przy okazji nocowania włącznie. Jednak spacerując sobie po okolicach Appenzellerlandu (dokładniej inlandu, ale o tym kiedy indziej) napotykam co rusz tajemnicze tabliczki. Niektóre mówią o obszarach ochrony roślin wszelakich (moje radosne tłumaczenie), a inne znów tylko o obszarach ochrony bez zagłębiania się w niuanse systematyczne. Różne są też na tych terenach listy zakazów. Na koniec - nie są one zaznaczane na mapach turystycznych. Hmm... tyle tytułem wstępu :)

 

Tak naprawdę bowiem zastanawia mnie dbałość Szwajcarów o środowisko - od środy do środy włącznie. Wszędzie, nawet tam gdzie rozbijam namiot (a z zasady jest to jak największe zadupie) stoją kosze na psie klocki, zawsze z torebkami. Co jakiś czas widzę panel słoneczny. No i szklane Flasche mają Pfand, normalne, w Niemczech nawet plastikowe są z kaucją. I tu doświadczenie mnie tknęło i kazało zapytać miejscowego stojącego przed automatem do zwrotu butelek (norma w większych sklepach) jak to w tym pięknym kraju działa. Nie, kaucja jest tylko na szklane. Ale, ale! Na ścianie są też dziury na butelki PET. Na kartony do żywności płynnej (tak się podobno winno nazywać Tetra-Paki). Na baterie. To znaczyło by, że Szwajcarzy są o krok przed Niemcami - nie trzeba ich kusić zwrotem kaucji, żeby do sklepu przynieśli posegregowane śmieci.
Będę badał dalej to zagadnienie twardo walcząc o pozyskiwanie pustych opakowań póki sił starczy w mojej placówce badawczej!

Tagi: Szwajcaria
13:33, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
Ekonomia, głupcze!

No, cóż... Z zakupami w tym pięknym kraju jest niejaki problem... I nie chodzi bynajmniej o to, że nie ma czego, albo nie ma gdzie kupować. O, co to, to nie. Wszystko jest kwestią ceny.
Ponieważ kupowanie mieszkań we frankach miejscowych już się nam przestało opłacać możemy się rozejrzeć za czymś innym, na przykład za żarciem. Szwajcary większość rzeczy muszą sprowadzać, ale to oczywiście nie tłumaczy wszelkich zawiłości współczesnej mikroekonomii traktowanej w skali makro. Albowiem dobre jest to, co jest szwajcarskie (my wiemy swoje, dobre, bo polskie!). Fakt ten generuje koszty dwójnasób. Mianowicie godzina pracy Szwajcara, oderwanie go od tej lady bankowej i nakazanie mu uprawy ziemniaka, jest drogie. Po drugie Szwajcaria produkuje tego za mało, a wiadomo - niska podaż i wysoki popyt na szwajcarskość generuje zwyżkę cen. A nawet tutejszy Donald's MC reklamuje się jako firma w 100% szwajcarska (to dość znany fakt, że 64,6% Szwajcarów ma na nazwisko McDonald). Ale to nie koniec dorzucania cegiełek do ceny końcowej, o nie! Jak każdy dbający o swoich obywateli kraj europejski i Szwajcaria ma system ceł i dopłat. Mało? W lokalnym markecie widziałem banany po ponad 10 zł za kilogram. Produkt Fair Trade. Ja sobie darowałem, w końcu banany mam i w domu, ale miejscowych na to stać. Z tej świadomości społecznej wynika jeszcze jedna podwyżka - zwykła kalarepa od pana Kazia spod Siemianowic (w Polsce 0,20 Fr) tu wydłuża się w nazwie i jest Bioproduktem Kalarepą za 1,49 Fr.
Ale jak zwykle na koniec trzeba dodać, że mimo iż nie jest tu tak tanio jak w Niemczech (tam kupując najtańsze produkty nie wychodziłem ze stawką żywnościową ponad 15 zł dziennie) nie można demonizować. Po prostu jak zwykle trzeba ustalić dzienną stawkę w lokalnej walucie, patrzeć na ceny i nie liczyć ile to już wydaliśmy w złotówkach.

Hipermarkety mają: Coop (te co na Słowacji), Spaar (te co w Niemczech) i Migros (te też gdzieś widziałem). Są w większości miasteczek.

Poniżej przykładowy cennik hipermarketowy kolekcji lato 2009 (choć czasem można liczyć na Action):
chleb 1kg 2,10 Fr
pomidory 1kg 3,00 Fr
makaron 0,5 kg 2,00 Fr
dżem 300g 2,10 Fr
mleko 1,5 % 1l 1,20 Fr
ryż 1 kg (zwykły, w torebkach jeszcze nie widziałem) 2,00 Fr
czekolada marki hipermarket 400g 1,80 Fr
tuńczyk puszka 1,45 Fr
chipsy ziemniaczane 185g 3,55 Fr
lody waniliowe marki hipermarket 900ml 6,40 Fr
pasta Elmex 75ml 4,40 Fr
Smirnoff 0,7 20,00 Fr

Tagi: Szwajcaria
13:19, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lipca 2009
raport z kropli szwajcarskiego deszczu

Zawsze uczono mnie, że chmura utrzymywana jest w powietrzu przez prądy wznoszące. Ale to nie może być prawdą taką prawdziwą. No bo jak? Siedzę właśnie na chodniku w Świętej Ołowiu Rudzie (szw. St.Gallen) i patrzę na prawdziwe oberwanie chmury.
A!Ha!! Jak ona się oberwała, znaczy musiała być gdzieś podczepiona na jakimś sznurku! To logiczne. I stąd właśnie korytarze powietrzne dla samolotów, żeby te sznurki omijać...

Wczoraj idąc sobie po pajęczynie helweckich szlaków pomyślałem: czemu nikt nie reaguje jak mnie widzi? Co kto na mnie spojrzy, to w oczach tych widzę zdziwienie, przerażenie albo co najmniej zaniepokojenie zachwianiem ciągłości egzystencjalnej. Kto to? Dlaczego ma taki wielki plecak? Jak to tak? I nikt nie zapyta, nie zagadnie. Każdy trzyma to w sobie, za palisadą zębów. Hej, Kollege! usłyszałem na to od Losu i już siedziałem z miejscowym lumpem przy miejscowym piwie :) Heinz jest pewnego rodzaju szwajcarskim odpowiednikiem naszych ziomków spod GSu. Poza pewnymi wyjątkami. Nasze menele nie mają na półce winyli z Beethovenem obok książek Hesse'a i rzeźby jakiegoś miejscowego artysty. Nie uczą się też greckiego jak wyjeżdżają do Grecji, bo staczy im  nasz Platonek. Dostałem więc od Heinza piwo, Wursta, dach nad głowę i śniadanie na śniadanie. Był więc czas na przetestowanie naszych językowych granic i dyskusję o tym jakie są definicje normalności i gdzie jest społeczne miejsce nienormalnych.
Moje miejsce jest na razie na skraju chodnika pod napisem bleifrei 95, ale nie wysyłajcie listów pod ten adres. Jak przestanie padać to sobie podrepczę dalej.

Tagi: Szwajcaria
19:16, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lipca 2009
grunt to Boden (niem.)

Pogoda dopisała więc na plaży pojawiło się ciał morze na plaży Morza (Śród) Ziemnego - Bodensee. Góry, woda, skwar, żaglówki - jakby to jeszcze miało złącze z oceanem rzekłbym chorwacki Adriatyk! Nawet miejscami tak samo kamieniste.
Jezioro Bodeńskie pozwoliło mi z oddali pomachać Szwajcarii, ale zgodnie z sentencją: jeden dzień to jeden kraj (zapomniałem jak to po łacinie było) dziś zwiedzam Rzeszę Strusią jak ktoś przez pomyłkę ochrzcił Austrię. Bregencja i Hard, tak zachodnioaustriackie, że bardziej już nie można zaskoczyły mnie mile. Przede wszystkim gościnnością moich hostów (jak jeszcze nie znacie, to się ogarnijcie! http://www.couchsurfing.org alebo www.hospitalityclub.org też z tym śmiesznym http:// na początku). A po drugie ścieżkami rowerowymi, ze klękajcie narody i rzucajcie gliną pylastą w Warszawę! Zaczynam rozumieć dlaczego ludzie emigrują.
A ponieważ odczuć tych nie da się opowiedzieć, a i na zdjęciach kiepsko one się prezentują możecie pooglądać zachód słońca w miejscowym Naturschutz Gebigt (NSG) lokalnym rezerwatoparku.

 

A tapetki można sobie na pulpit wrzucić :)

Tapetka 1

Tapetka 2

09:06, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
Eins! Zwei! Drei! Torpedo loss!

Pamiętacie Hermanna-krokodyla zabójcę? Mniej więcej w takim tempie rozpocząłem swoją podróż. Oczywiście zgodnie ze zdiagnozowaną naprędce chorobą woli zaspałem, z domu wyszedłem później niżby z zaspania wynikało i nawet autobus zamiast dowieźć mnie do Ożarowa pozostawił mnie osieroconego w połowie drogi. A ponieważ sieroty zazwyczaj pozostawione same sobie i mniej lub bardziej staczają się na margines i ja dość wcześnie zacząłem przeklinać. I przeklinałem tak sobie los, kierowców, samochody, wiatr ziębiący plecy i słońce świecące w pysk. I okazało się to jojczeniem przedwczesnym. Bo oto pojawił się on, a wręcz ON! w samochodzie na ON, z prędkościomierzem zdecydowanie na bardzo ON i kierunkiem po dwakroć na ON, a nawet na ONZ-aje... Krótko mówiąc - długo jadąc, z jednym stopem zrobiłem 1100 km. Pozostałe 200 nie było więc problemem (mimo, że jeden z kierowców bardzo się starał mnie wywieźć w pole...).
A jeżeli jeszcze nie wiecie po co się jeździ stopem do grodu pobliskiego, powiem wprost - po naukę. W dwa dni przeszedłem szybki kurs pneumatyki hydraulicznej oraz językoznawcze kursy german inglish, german Hoch Deutsch, osterreich Hoch Deutsch i czegoś co nazywa się Schwytz Dytsch i jest tak odległe od niemieckiego jak kaszubski od polskiego. W tym miejscu pragnę powinszować wszystkim, którzy kiedykolwiek wtłaczali we mnie niemiecką wiedzę - dogadałem się i dojechałem na miejsce.

 

 

PS. Tytuł zapożyczono oczywiście z "Hydrozagadki" (Cześć i Chwała temu, co łykali jej Twórcy).

08:57, endoftheworld
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2