podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Jesienna kropla zachodu

Wrzosy w górach się fioletowią, trawy rudzieją, a dzieci szkolą. I nikt z tej trójki nie wyglądał na zmartwionego - ot, jesień idzie. Tu dzieci idą do szkoły trochę wcześniej niż pierwszy dzień wojny i możne właśnie dlatego nie jest to dla nich taka trauma (takie określenie usłyszałem w naszym radiu) jak u nas.

Jesień, jesień, jesień, wisi w powietrzu i podpowiada, że nadszedł koniec mojej łazęgi. No, taka drobna przerwa. Czas wracać, a decyzje podjęte już, są zazwyczaj słusznymi decyzjami. Mój szczęśliwy stop z początku wyprawy powiedział, że pod koniec sierpnia będzie wracał do kraju. Zadzwoń, to zadzwoniłem. Ale niestety, już był w kraju. Ot, jesień. Nie ma co załamywać rąk, trzeba po Bożemu stopem jechać. Zacząłem popołudniem, w końcu i tak w ciągu jednego dnia się nie wyrobię. Do granicy w Bregenz było łatwo, potem zaczęło padać i siedziałem trochę na stacji benzynowej. A wtem! Polak, do kraju, a owszem zabierze. Właściwie miało go tu już dawno nie być, ale załadunek się opóźnił i dlatego się spotkaliśmy. Ot, jesienne szczęście, będę na rano już na Dolnym Śląsku witał się z gąską. A wtem! Łożysko prawego koła zrobiło skrzeeek, a potem zgrzyyyt i zaliczyliśmy noc w kabinie jeszcze w Niemczech. Ot, jesienny pech. Ja pojechałem dalej, mój dobroczyńca został poczekać na lawetę. A miejsce, cóż bywały lepsze. Ale po każdym niedźwiedziu przychodzi byk, co wiedzą giełdowi gracze, i byk w postaci polskiego TIRa wrzucił mnie na truckowy taśmociąg. To coś magicznego, coś z tajemnej komnaty męskiego braterstwa pięciu kółek (czterech oponiastych i tego, za którym się siedzi, choć oczywiście czasem bywa ich więcej). Jedziesz nie do końca tam gdzie chce, ale jedzie. Kierowcy pogadają przez radio i już jesteś, jak przesyłka, przerzucany gdzieś na leśnym parkingu do innej ciężarówki. Nie ważne czy się znają czy nie. Radio jest przepustką do Zakonu, radio jest biletem na sznur przesiadek. "Mobilki ogólnie, jedzie ktoś do domu, mam kolegę do zabrania". "Ja. Jadę. Białym cemenciakiem na 152 km, jeszcze tylko 2 godziny, potem robię pauzę, ale zabrać mogę". Radio jest kluczem do tajnego rozkładu jazdy truckowców.

Tym właśnie sposobem teleportowałem się do kraju. Dokładniej do Katowic. Pogoda nie sprzyja, noc idzie, mogę jechać pociągiem te ostatnie 300 km. Toż to prawie jak kurs podmiejski. I tu, w tych zapuszczonych i obsmarowanych przez wszystkich Katowicach, pytając o drogę na dworzec spotkałem swoich pierwszych Polaków-miejscowych. A taki Aborygen to trochę co innego niż Polak za granicą. Zwłaszcza po minięciu na obokkopalnianym osiedlu wysprajowanego na chodniku napisu "Witamy w piekle". I pytając tych Polaków o drogę poczułem nutę Zachodu, jakbym przez malutkie okienko znów zobaczył świat odległy ode mnie o 1000 km. Nie było to nic specjalnego, ale było to to, co Tam mi się najbardziej w ludziach podobało - luz, wewnętrzny spokój, brak pośpiechu, ochota żeby z nieznajomym zamienić dwa słowa i mu pomóc.
Dziękuję Wam, bo to właśnie dzięki Wam wyjeżdżam, a nie uciekam.

Koniec

 

Tagi: Szwajcaria
12:42, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 sierpnia 2009
Moje ostatnie M-1000 na 1000 m

Paula Huette. Ostatnia noc tego wyjazdu powyżej 1000 m n.p.m. Przynajmniej taki jest plan. Ponownie odwiedziłem Liechtenstein sypiąc wcześniej prawą ręką przez lewe ramię sól w intencji dobrej pogody i odtańczywszy indiański taniec deszczu, ale od tyłu i na melodię "Słoneczko nasze...". Śmiejcie się, śmiejcie - pomogło. Dzięki temu mogłem wykonać serię zdjęć do panoramy Prac-łowickiej pt. "Cały Liechtenstein na jednym zdjęciu". I to właśnie mnie w tym kraju tarza! Odwiedziny tu to jak trzymanie w dłoniach małego pisklaczka. Tiu, tiu, tiu...
Jutro schodzę na dół, do początków mojego pobytu w tym pięknym kraju i do początków kraju samego w sobie. Schodzę do hrabstwa Schellenberg. I przez najbliższe trzy tygodnie nie będę wchodził już na żadną górę. A na pewno nie na dużą górę, bo przecież Schellen-berg zakłada górę. Ale ona nie jest duża.

Za to dziś było dość ciekawie - przeszedłem drugą część Szlaku Księżnej (Liechtensteinu, oczywiście). O ile część południowa (od Malbun do granicy ze Szwajcarią) była wysoko, była ładna i dość mokra (przynajmniej dla mnie), to część północna (od Malbun/Steg do granicy z Austrią - szlak przez cały kraj) jest niżej, ale jest mocno eksponowana, oj mocno, jest jak na szlak turystyczny dość trudna technicznie, ale przez to jest niesamowicie widowiskowa. Szczyty sięgają zaledwie 2100 m n.p.m., ale można z nich zobaczyć cały ten kraj i sporo z krajów ościennych, aż po niemiecki brzeg Bodensee. A sam szlak wije się serpentynami obiegając nagie skały i skacząc jak kozica z jednej turniczki na drugą. Oczywiście jeśli akurat nie zaskakuje nas 10-metrową drabiną, o wysokości której dowiadujesz się stając na trzecim stopniu od góry i w zasadzie nie mając już większego wyboru. No, jak masz lęk wysokości to masz go tu okazję zaprowadzić na naprawdę dalekie pogranicze jego możliwości.
Serdelecznie polecam!

Komu grosza gros? Mi! Mi! Mi!

Właściwie nie powinno mnie to dziwić. U nas też mogę mieć kartę kredytową Carrefour, tankować w Auchan i dzwonić z Tesco. Więc czemu mnie to dziwi tutaj? Chyba chodzi o skalę. I o stopień monopolizacji rynku. Właściwie liczących się graczy na rynku sklepowym jest dwóch: Migros i Coop (oba wraz z markami-córkami typu Denners, Avec, Coop-pronto itp.). Ale lider jest tylko jeden... "Pomarańczowy Gigant"...

I ciężko tu mówić 'sieć supermarketów Migros" (tu się wymawia z francuska >Migro<). To też usługi bankowe, stacje benzynowe, kluby, domy kultury, ośrodki szkoleniowe i Bóg wie co jeszcze. Aż strach otworzyć lodówkę... A!2 I cała rzesza producentów z dumą ogłaszających "ja robię dla Migros, dla Was, z Naszego regionu".
Migros dorobił się nawet swojego opasłego hasła na Wiki. I hasło owo przypomniało mi skąd znam tą sieć. Wiedziałem, że już gdzieś robiłem w takim markecie zakupy, ale przeszukując w myślach mapę swoich podróży nie wybiegałem aż tak daleko. A tu niespodzianka - rachunek był z Istambułu, bo i koncern jest szwajcarsko-turecki.
Zaskoczeni? Spółka "bankierzy i handlarze". A kto jest najlepszym handlarzem na świecie? Kto wymyślił pismo, zero i pieniądze? Fenicjanie i okolice. Genetyczni kupcy, pośrednicy i sprzedawcy. Jakieś 4000 lat doświadczenia na rynku. Dziś nazywają się ponadnarodowymi korporacjami.


Ale jest jeszcze jedna drobna różnica pomiędzy tym co się dzieje u nas, a modelem "szwajcarskim". Choć powoli zauważam i w Polsce pierwsze jaskółki. Tu ciężko jest znaleźć cokolwiek, nie tylko imprezę, do której nie dołożył się Migros lub Coop. Koncerty, święta, pikniki - to już jest zgrana karta. Tutaj dodaje się do tego place zabaw, miejsca do grillowania, parkingi rowerowe, ścieżki edukacyjne. Pełną gębą "społecznie odpowiedzialni". Trudno mi powiedzieć na ile taka polityka jest wynikiem sposobu myślenia tutejszego kierownictwa, a na ile jest to wpływ specjalistów od marketingu. Wolałbym, żeby ten wielki biznes jednak choć trochę mógł się skupić na czymś innym niż generowanie zysków, ale nawet jeśli to tylko czysty PR to też trzeba się cieszyć, bo efekty są (z drugiej strony w zwykłym Migrosowym supermarkecie nie ma w sprzedaży alkoholu, papierosów i "gazetek" - purytanizm pełną gębą).

A co do wielkich konglomeratów biznesowych to taka pocztowa Die Post tutaj zajmuje się też na przykład sprzedażą zeszytów, gazet i telewizorów (na raty), komunikacją zbiorową i bankowością. I jeszcze paroma rzeczami, których nie zauważyłem, pewnie też. Na jednej branży już, Panie, nie pojedziesz.

Tagi: Szwajcaria
11:24, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2009
W zdrowym ciele duży ruch

Kiedyś już to zauważyłem, ale owo poczucie we mnie rośnie i rośnie. I chyba jeszcze nie urosło do końca. No zwyczajnie na jakichś hormonach jest. Sporo tu ludzi na szlakach jest. A to prowadzi do dość prostej konkluzji, iż skoro szlaków jest tu sporo razy sporo ludzi na nich plus to samo dla szlaków rowerowych i jeszcze raz, a co, dla rowerowych szlaków górskich, to wystarczy dołożyć do tego jeszcze mono-, para- i trio-lotniarzy, szachistów siłowych (jeśli nie wiesz kto to taki, zajrzyj do Tytusa, Romka i A'Tomka na Wyspach Nonsensu), koniarzy, biegaczy, golfistów, żeglarzy i faktor X dla zmiennej niewiadomej i w końcowej konkluzji można stwierdzić, że w dzień nikogo nie ma w domu. Wszyscy gdzieś uprawiają jakiś sport. I to nieważne czy starzy czy młodzi, piękni czy brzydcy, szczupli czy z nadbagażem. Jak leci, bez wybierania. Oczywiście przewagę mają szczupli Nordycy, ale trudno określić czy to przyczyna czy skutek. A, bym zapomniał, jest tu oczywiście też parę fitnessclubów. No i cały worek sportów zimowych, jakieś rolki, ścieżki zdrowia i inne duperele. Komplet. A całe te władzowe Bundy i Amty za obywatelami nadążają i infrastruktura jest jak się patrzy.

Jak się tak teraz zastanawiam, to nie spotkałem chyba tu osoby grubej. Owszem, było parę osób "dużych" czy z ciążą piwną, ale takich spaślaków amerykańskich na dwa miejsca w kinie nie widziałem. Tu nawet ciąża jest w stylu slim. Można zwalić wszystko na klimat bodźcowy i niepłaską rzeźbę terenu. Pewnie, że można. Ale chyba to nie do końca właściwe wytłumaczenie.

Czy tak wygląda społeczeństwo rozwinięte, które w odpowiednim momencie zaczęło patrzeć krytycznie w lustro? Uważać nie tylko na to skąd pochodzi zawartość talerza, ale i na to, co to coś sobą reprezentuje? A może zwyczajnie głupio być grubasem w chudym towarzystwie?

Ostatecznie wszystkie produkty mają tu odpowiednią tabelkę dietetyka, wyraźnie zaznaczają się produkty weightWatchers (pilnowaczy wagi), Maca widziałem tu jednego, a głównym daniem, które serwowali mi na stołach miejscowych była pasta, czyli makaron z sosem i jakaś sałatka do tego. Na pochodzenie produktu wszak patrzą, inaczej nikt by się nie kłopotał z odpowiednimi nadrukami. Czy może to tylko genetyka?
A może całe to rozważanie nie jest warte nawet rappa, bo widzę tylko prowincję odległą, to tylko zwykła moda, a w Zurychu jest więcej zabiegów liposukcji dziennie niż kieszonkowców w autobusie 175?
Nieistotne. Mnie się tu podoba!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi: Szwajcaria
18:00, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 sierpnia 2009
A wracając do ad remu...

Odfilozofowałem trochę od podróży, ale jak trafnie odgadła jedna z napotkanych przeze mnie Szwajcarek: "Laufen? Alaine? Ein Monat? Meditazion...". Bo te moje podróże samotne to właściwie bardziej wyprawa do wnętrza siebie niż zwiedzanie zewnętrznego świata. Choć jedno nie wyklucza drugiego.


Szwajcarzy jak słyszą, że idę do Parku Narodowego to wiedzą gdzie idę. Jeden mają Park. Trochę dziwne, tyle gór, tyle terenów, że aż by się chciało robić Parki po horyzont. A oni nie, jeden i to jeszcze taki rozrzucony. Nie do końca wiem jak to działa.
Problemem na pewno jest własność ziemi. Własność i tradycja. Pewna pani, która kupiła dom i się sprowadziła do wioski 50 lat temu, jak usłyszałem od miejscowych, to ta "przyjezdna". No, nie miała się czasu zasymilować wystarczająco dobrze. I teraz jak odkupić ziemię od takich miejscowych? Jak nagle wprowadzić nowy porządek? Chyba łatwiej było nauczyć ich dzieci, że eko-życie jest super, butelki PET trzeba odnieść do sklepu, a Ziemia planetą ludzi.
Drugim problemem jest, życie w dolinach. Doświadczyłem tego na Macun. Jest to samotny masyw o dość stromych stokach, z fantastycznym kotłem lodowcowym na szczycie. Tak fantastycznym, że stał się częścią Parku. Ale granica Parku idzie po grani okalającej ten kocioł - zewnętrzne stoki już do Parku nie należą. I u nas trudno jest budować w Parku, a tu cały stok trzeba utrzymywać i przytrzymywać na nim śnieg w zimie. A to wymaga robót, to wymaga instalacji. To wymaga, żeby Parku tu nie było.
Po trzecie, patrząc jak wielu jest turystów tu w Parku, a ilu na podobnych, okolicznych górach przypominają mi się wykłady z Systemów Ochrony Przyrody (pozdrowienia dla dr. Zgorzelskiego :). Jak się postawi tabliczkę "Park Narodowy" to turysta tłumnie tam spłynie. I ten Szwajcarski Park Narodowy też chyba pełni rolę takiego wabika. "Poświęćmy kilka dolin, parę szczytów na stonkę turystyczną to się nie będą pałętać po całej reszcie kraju".
Ale mam wrażenie, że Szwajcarzy po cichu robią u siebie co innego - jeden Park Narodowy. Będzie się nazywał po prostu Szwajcaria. A narzędziem w ręku jego budowniczych jest edukacja.

Tagi: Szwajcaria
18:19, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3