podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
piątek, 02 września 2011
Policyjna Panika II

To nie był słoneczny dzień. Wręcz przeciwnie ? szare, niskie chmury snuły się po niebie, a deszcz starał się siąpić, z mizernym skutkiem. Wysiadłem z autobusu w Homs w Wielką Sobotę, choć tu była to dość zwyczajna sobota. No, może nie do końca. Wyszedłem z dworca już wkurzony przez taksówkarzy, którzy przed dworcem dołożyli mi jeszcze dodatkowo trochę irytacji. Nie, nie potrzebuję taksówki. NIE.
Ruszyłem z buta ku centrum. Teoretycznie według planu, ale plan z informacji turystycznej okazał się ciut odległy od rzeczywistości. Niemniej ja sobie szedłem spokojnie. Ulica, skręt, ulica, skręt. Duże ulice, dwupasmowe i dwujezdniowe rozdzielone betonowymi krawężnikami, by kierowcy nie jeździli zbytnio pod prąd. Zbywałem kolejnych zatrzymujących się taksówkarzy i próbowałem ustalić swoją pozycję na mapie.
Wtem! (zazwyczaj w takich sytuacjach jest to nawet Wtem! Wtem!) podbiegł do mnie mężczyzna, ogolony ale z wąsem, w mundurze w wojskowe, leśne ciapki. Łamaną, pośpiesznie kleconą angielszczyzną zapytał dokąd idę i co robię w Homs. Centrum, turysta. Zwyczajne odpowiedzi, bez wdawania się w szczegóły, bo z resortami siłowymi trzeba zawsze w prosty sposób. "Ale w taki czas? Do Syrii?" usłyszałem już piskliwe i głośniejsze zapytanie. Dobra, wczoraj były tu ponoć jakieś zamieszki, ale dziś miało być już spokojnie. Na ulicach nawet już posprzątano szkło z budek policji drogowej rozbitych podczas demonstracji tej lub którejś z poprzednich. Pytająco podniosłem brwi i zapytałem ?Ale o co chodzi??.
"Musisz ze mną, taksówka" zaczęło robić się ciekawie. Cóż, prosi, to nie będę robił mu rudności (jeszcze byłem na takim etapie), pojadę. Spanikowany żołnierz przelał panikę na taksówkarza i podjechaliśmy 50m do jednostki? posterunku? czegoś gdzie było więcej mundurowych. Tu kolejne pytania, choć z mniejszą dozą stresu ze strony pytających. Ja mam chyba już więcej doświadczenia z policją niż oni z turystami.
Pod owe miejsce zajechał kolejny samochód i zostałem poproszony o udanie się w inne miejsce z innymi panami. Nadal nikt nie chciał mi powiedzieć o co chodzi i dokąd mamy jechać - jestem cierpliwym człowiekiem i potraktowałem to jako przygodę oraz okazję do poznania kraju na trochę inny sposób. Samochód wywinął chołubca na ulicy i okazało się, że cel jest po jej drugiej stronie. Komisariat, może być i komisariat. Wprowadzono mnie na drugie piętro i wskazano odpowiednie otwarte drzwi.
Za drzwiami było biuro jakiejś lokalnej szyszki. Miękkie fotele obite czarnym skajem, sporych rozmiarów biurko, mapy na ścianach i włączony telewizor pod oknem. Z początku podchodzono do mnie jak do jeża, ale dość szybko wyjaśniłem, że jestem 100%-owym turystą. Napięcie z policjantów spadło jak zasłona. Wyjaśnili mi, już przy herbacie, że ktoś zadzwonił z alarmującym zgłoszeniem, że oto na ulicy jest ktoś obcy i ma on aparat fotograficzny. Czujność rewolucyjna została zachowana. Kuchwa le Ojczyzny!
Chciałbym zobaczyć jak przyjeżdża do Homs wycieczka turystów japońskich...

19:19, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2011
Policyjna Panika I

Właśnie wróciłem z miasta, usiadłem do komputera i piszę ten tekst. Potem pewnie go poprawię, zmienię i wygładzę, żeby nie był taki, jaki we mnie teraz siedzi. Ja siedzę na materacu na dachotarasie hotelu w Hamie i jest przez Wielkanocą. Wszystkim, nie tylko Matce, piszę, że jest tu spokojnie i nijak się ma to do newsów z telewizora. I właściwie jest to prawda. Właściwie, bo właśnie miałem pierwsze starcie z policją po cywilnemu.
Więc właśnie ? jest tu spokój czy też właściwie go nie ma? Jak dotąd po ponad tygodniu pobytu mogę stwierdzić, że wbrew telewizorom właśnie jest i nie widziałem właściwie żadnych demonstracji, nikt do mnie nie strzelał i nie próbował spałować. A właśnie, że nie ma! I mogę to stwierdzić właśnie na podstawie tego, czego nie widzę.
Kręciłem się po mieście, jak to mam w zwyczaju. Bez celu, bez planu, za to z aparatem. Zwiedziłem już to, co było do zwiedzenia, więc schodziłem z utartych szlaków i głównych ulic. Wtem oczom moim ukazał się widok poszukiwany od trzech dni ? piekarnia. Nie tak łatwo jest znaleźć tu piekarnię ? w Aleppo cały wizerunek piekarni to były jedne zwykłe drzwi o szerokości zwykłych drzwi wychodzące na ulicę. Tylko dzięki nosowi oraz wiecznej kolejce ją rozpoznałem. Dobra, potem znalazłem drugą, która miała jeszcze okienko. Jednak zarówno tu w Syrii, jak i wcześniej w Iranie piekarnie znajdowało się idąc pod prąd strumienia ludzi z chlebem. Chleb-pita musi wystygnąć, bo dostaje się go prosto z pieca, więc niesiony jest zazwyczaj na wierzchu. W Aleppo płaciłem 2 liry (funty) za sztukę. Tu chcą ode mnie 4 albo 4,5 nawet i sprzedawany jest on zwyczajnie, w sklepach. Z tego powodu szukałem piekarni, a że arabija moja mocno szłeja-szłeja, czyli nie za bardzo i ledwo słowo ?chleb? znam, to nie mogłem jej znaleźć. I dziś właśnie kręciłem się po mieście, jak to mam w zwyczaju, bez celu i jak wyżej, i piekarnia.
Przed piekarnią, która tu jest dużym budynkiem, oddalonym od głównych arterii, kłębił się dziki tłum. Ludzie pokrzykują, przerzucają się chlebami, jakiś smyk zwisa głową w dół z rozdzielającego kolejki ogrodzenia, by odebrać zamówienie ? słowem niezły Sajgon. Przynajmniej dla nas, bo tu mam wrażenie, nie było to takie dziwne. Choć nie do końca, bo gdy tylko wyjąłem aparat, pojawił się ten pan:

Policyjny kapuś.

przedstawiam, tak wygląda policyjny szpicel. Ja w tym czasie próbowałem od jednego pana w niebieskiej koszuli wyrwać jak ten przybytek się nazywa po arabsku, bym mógł z spokojnie pytać oń w następnych miastach. Za szpiclem oczywiście nadciągnęła policja po cywilnemu. Przynajmniej za taką się podawali. Szpicel zaś angielski język posiadł w zakresie odpowiadającym swej profesji i wykrzykiwał ?no photo, no photo?. Trochę się poprzekomarzaliśmy, ludzie się stłoczyli, poprzepychali, policjant próbował kogoś złapać.
I właściwie to koniec widzialnej historii ? pan wyciągnął jakąś, chyba właściwą, legitymację po arabsku, ja właściwy paszport po łacińsku i pokazałem mu właściwie zupełne inne zdjęcia, by właśnie szpicel pozostał na mojej karcie pamięci. I powiedziano mi, że właściwie to mogę być wszędzie w mieście, a najlepiej to wszędzie indziej. I taki był właśnie finał tej historii ? a właściwie tego, co było widać.
A czego nie było widać? Mam nieodparte wrażenie, że są tu jakieś problemy z chlebem. Po mąkę ludzie też stali w ogonku. Ale w Aleppo kolejki były mniejsze i ceny dwukrotnie niższe - tu chleb w sklepach jest, ale ludzie wolą szturmować piekarnię. Więc może państwo próbuje chlebem wywierać presję lub nagradzać nim lojalnych? Jak będę mówił po arabsku, to pewnie się dowiem. I będę też wiedział, co mówił policjant wykręcając rękę Niebieskiej Koszuli, bo na razie mam wrażenie, że można tu trafić do aresztu za rozmowę z cudzoziemcem. Świadczy to o poważnej policyjnej alergii, a z doświadczenia wiem, że alergię albo leczy się łagodnymi środkami zaczynając wcześnie, albo jak już jest zupełnie źle, trzeba sięgnąć po ciężką artylerię. Ciężka artyleria w kontekście Hamy kojarzy się bardzo tragicznie...

12:40, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 sierpnia 2011
?Hablas arrabija? ?Hal taszarb yerba mate?

(tytuł w tłumaczeniu z hiszpańsko-arabskiego i arabsko-hiszpańskiego: "Mówisz po arabsku? Pijesz yerba mate?")

- Widzisz Jakub - usłyszałem, gdy nalewano mi po raz drugi gorącej wody do mate ? Salamieh to stolica mate! - Salamieh leży mniej więcej pomiędzy Hamą i Homs, w połowie Syrii.
To mnie zdziwili! A właściwie podwoili moje zdziwienie, bo zdziwiony jestem już na co dzień, a prędzej bym się wilka w szklance spodziewał niż yerby. Jak to? Na Bliskim Wschodzie? Como?

Chłopak pijący yerba mate na ulicy.

Yerba mate, śpieszę z wyjaśnieniem, to napar ze specjalnego ziela mate pity ze specjalnej nieszklanej (zazwyczaj) szklanki, nazywanej również mate, przez specjalny rodzaj słomki ? bombilę. Koszt naczynka i słomki to około 5 złotych na sąsiednim bazarze. 250 g yerby można kupić już od 2 zł za najpośledniejszy gatunek, oczywiście po targach ze sprzedawcą (?Wątrobę mi wyrywasz! A dzieci me nie pójdą przez Twoje ceny na studia i zostaną czyścicielami publicznych szaletów! Dam 20 lir.?). Napój nie przypomina w smaku czarnej herbaty, najpopularniejszej w Polsce i na Bliskim Wschodzie. Bardziej już herbatę zieloną, jest gorzkawy i bardzo ziółkowy. Ale yerba to nie herba!
Pociągnąłem z bombili raz i drugi. Mate jest niewielka, więc i yerba mate się zaraz skończyła. Oddałem zestaw gospodarzowi, który przelał bombilę wrzątkiem, dolał go do mate, dosypał cukru i podał następnemu w kolejce. Tak, wbrew zasadom tradycji tu yerba mate przeważnie pita jest z cukrem. Ciężko oderwać się od własnych zwyczajów, które w przepisie na herbatę uwzględniają bezwzględnie szklankę, czajnik, wrzątek, liście herbaty i cukier. Wedle gustu można doprawić cukrem.

Bombile na targu.

Dostałem mate i pociągnąłem z bombili.
- Bo Sweida, Jakub, to stolica yerba mate! Tu na południu pijemy jej najwięcej. Znasz yerba mate?
Znam. W Polsce jest ten napitek całkiem popularny. Choć mam wrażenie, że raczej głównie w sferach ynteligenckich i hipsterskich (czy czymś podobnym, niedookreślonym). Zgadywałbym, że przywędrowała do nas jakieś dziesięć lat temu. Na Bliskim Wschodzie jest dużo bardziej popularna. Pije się to wszędzie. W domach, na ulicach, w mieście, na wsi. Gdzie się nie pojawiłem, Syria, Jordania czy Liban, tam byłem częstowany tym napitkiem i zawsze twierdzono, że właśnie przybyłem do Stolicy Yerba Mate. Trudno mi obiektywnie stwierdzić, gdzie tak naprawdę jest owa Stolica. Zupełnie subiektywnie połączyłbym kraje i główne napitki w taki sposób: Liban-kawa, Jordania-herbata, Syria-herbata i yerba mate. Co oczywiście oznacza, że w każdym z nich, gdy jest już po herbacie, można zostać poczęstowanym yerba mate. A arabska kawa po turecku była na przywitanie.
Dlaczego właściwie tak w ostatnim zdaniu naśmiewam się z tego, że arabica pita jest nie po arabsku a po turecku? Dlatego, że napitki tutaj to niezły galimatias. Kawa (arabica) przyszła tu z dzisiejszej Etiopii i jeszcze w połowie XVI w była zakazana. A najpopularniejsza współcześnie herbata? Była znana dość wcześnie, ale prawdziwa moda na ten napój rozpoczęła się w XIXw, gdy ponownie przynieśli ją na Bliski Wschód Rosjanie. Wcześniej pito głównie wodę, bo najpopularniejsze w średniowiecznej Europie piwo z wiadomych względów, jak i inne alkohole było zakazane. Wino? Owszem, czemu nie, ale tylko do 622 rokiem naszej ery, czyli 1 rokiem w kalendarzu muzułmańskim. A yerba mate? Heh! W XIX w. bardzo wielu miejscowych emigrowało w poszukiwaniu pracy, a potem z pełnym mieszkiem wracali oni do domu. I w ten sposób, w drugim mieszku, przywieźli yerbę.
Z ojczyzny yerba mate - od Argentyny do Brazyli!

Ekipa sprzedawców z bazaru.

09:24, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 sierpnia 2011
Dwie herbaty proszę!

Usiadłem po turecku. Trzasnęła migawka. Raz, drugi, trzeci. Jeden z siedzących przy mnie mężczyzn zapytał skąd, dokąd, jak się nazywam. Przysiadł się drugi i powtórzyłem odpowiedzi. Chwila pogawędki o niczym i już byłem zaproszony na herbatę. Do stolarni znajdującej się pod meczetem. Czemu nie? Wstaliśmy więc i wyszliśmy. Dywany, zakładanie butów, brama, zakręt, w dół po schodach. Miejscowym zwyczajem nie była to jedna stolarnia, a cztery czy pięć, jedna obok drugiej. Tu zachowano coś w rodzaju cechowych tradycji. Od razu pojawiły się krzesełka, stolik, a na stoliku herbata. Z dużą ilością cukru, bo zazwyczaj arabskie "szaj" można śmiało tłumaczyć jako "bardzo słodka herbata".
- Tu pracuję ? opowiadał mężczyzna ? jako stolarz. Skończyłem inżynierię na uniwersytecie i pracuję na pierwszym etacie jako inżynier, a na drugim jako stolarz.
W tej chwili siedzący we mnie pierwiastek żeński westchnął i zasłonił ręką usta ze współczucia, a pierwiastek męski zadumał się w pozie Myśliciela Rodina nad marnotrawstwem wykształconych kadr technicznych.
- No, to ciężko... A ile dostajesz za robotę?
- Na euro? Miesięcznie? To będzie jakieś.... 350-400.
Pociągnęliśmy po łyku herbaty, by rozmowa nie przyspieszała.
- To jak długo pracujesz w ciągu dnia?
- To zależy... 4-5 godzin w każdym z miejsc pracy...
Tu pierwiastki popatrzyły się na siebie w zdumieniu, przyzwyczajone do trochę innych etatów.
- Aha.

 Herbaciarnia w Aleppo.

- A co myślisz o Ameryce?
Czasem człowiek nie wie, że zjeżdża rurą-zjeżdżalnią. Nie zdaje sobie sprawy, że proces poruszania się skończy się niespodziewanie końcem rury i wielkim CHLUP do wody metr-dwa pod wylotem rury. A rura może się zaczynać zaproszeniem na kawę/herbatę/yerba mate. I nie zauważa się gdy już się jedzie: Skąd jesteś? Dokąd zmierzasz? Czy podoba Ci się Syria? Czy możesz pomóc mi załatwić wizę Schengen? I przyspieszmy, z każdym słowem jak z kolejnym zakrętem w rurze nie wiesz, czy już wylatujesz do basenu czy może jest to Wielka Żyrafa - zwykła zjeżdżalnia na placu zabaw.
- A co myślisz o Iraku?
Można się domyślać poglądów Twojego rozmówcy. W pewnym sensie domyślasz się równocześnie jak powinna brzmieć odpowiedź. I tu następuje clou: porównujesz własne zdanie z oczekiwaną odpowiedzią. Łatwo jest, gdy się pokrywają. Sytuację zaś, gdy się różnią, bądź, nie daj Boże, są sprzeczne, nazywamy dylematem lub nawet mocniej, dylematem moralnym. Podobno najlepszą odpowiedzią jest, że niezbyt interesuję się polityką (uczyń to prawdą, pozbądź się dylematu).
- Wiesz, nie podoba mi się, że Ameryka miesza się tak mocno do wewnętrznych spraw innych krajów. I że ginęli i giną tam cywile - siorb - Ale jednak Saddam to był krwawy dyktator.
- Co Ty!? Hussain był dobrym prezydentem, dużo dobrego zrobił dla Iraku.
- Ale Kurdów mordował. I to nie pojedynczo. A najgłupsze jest to, że Amerykanie najpierw go popierali, a potem zrobili z nim wojnę.
- Ameryka zawsze siłą chce wszystko kontrolować: Afganistan, Irak, Arabia Saudyjska, Liban, Izrael, Egipt, a teraz jeszcze Syria. Ale my im niczego nie zapomnimy.
Tego mogę być pewny. Tu pamięć jest lepsza niż w Polsce. Nie. "Lepsza" to złe słowo, po prostu dłużej zachowuje różne rzeczy.

Herbata i nargile.

Mogę obstawać przy sztucznych poglądach, czemu nie. Dyskutując czasem specjalnie odwracam kota ogonem i gram advocatum diaboli. Wtedy jednak reguły gry są jasne i moi rozmówcy wiedzą co robię. Może to głupie czy ryzykowne, ale uważam, że należy Arabom pokazywać prawdziwych Europejczyków. Nie muszę ich pouczać pokazując im co myślę. Możemy wymieniać poglądy, by mieć nad czym się później zastanawiać. Ostrożnie i delikatnie, ale jednak prawdziwie. Zawsze, jak reguła, to reguła.
- A co sądzisz o bin Ladenie? - usłyszałem pytanie.
Ech, to jaka to była reguła? Mój rozmówca nie trzyma na kolanach kałasznikowa, nie wygląda też jakby miał go schowanego w szafie. Pracuje na kontraktach w Arabii Saudyjskiej na budowach, chce zamieszkać w Europie, najlepiej w Szwecji, bo tam najszybciej dostanie azyl czy obywatelstwo i dobrze płatną robotę. Dom jest nowy, telewizor, laptop, konsola do gier. Książki nawet stoją na półkach, a to tutaj niecodzienny widok. A w dodatku nie są to same książki religijne. Choć z drugiej strony nie ma ich tak wiele, a Saudyjczycy to wahabici. Kałasza na pewno trzyma gdzieś w jakimś schowku, bo domy tu nie mają piwnic.
- Nooo... Atak na WTC to było przegięcie. Zabić tyle niewinnych osób? Wojna to wojna, Afganistanu się nie czepiam...
- Nie-e, WTC to robota Amerykanów, CIA. Bin Laden nie miał z tym nic wspólnego
- Nie miał? A Al-Kaida w samolotach?
- To Arabowie zwerbowani przez CIA.
Zgodziliśmy się za to co do Palestyny, choć już nie co do istnienia Izraela. Po herbacie na stole pojawiła się mate.

Herbata z miętą.

10:42, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 sierpnia 2011
Na kielicha z Ahmedem

Zamachałem ręką i samochód się zatrzymał. I tak właśnie powinno być na stopie. Pierwszy samochód i jedziesz. Pod tym względem wszystkie odwiedzane przeze mnie kraje podczas tej wyrypy są do siebie podobne. Nigdy nie czekałem na okazję dłużej niż 15 minut, a często zdarzało się, że kierowcy sami, bez dawania im jakichkolwiek znaków, zatrzymywali się i proponowali podrzucenie. Może plecak jest takim znakiem? Ale bez przesady, nie jest aż tak wielki.
W każdym bądź razie jadę. Cieszę się, bo jadę pod górę. Bez stopa musiałbym drałować asfaltem i w pocie czoła zdobywać wysokość. A bez tego jest i tak gorąco. Atmosferę wypełniają standardowe pytania. Skąd, dokąd, czy żonaty, ja pracuję w hotelu, a ja jestem geografem. Aż pojawia się jedno mniej typowe: czy chcę wody? Skwar doskwiera, więc z miłą chęcią, czemu nie! Tu mój kierowca się odwraca, by poszukać butelki gdzieś na tylnej kanapie. Przyzwyczaiłem się do takich gimnastyk i różnych innych dziwnych zachować arabskich kierowców. Zerkam, to do tyłu, to na drogę. Wtem mój towarzysz odwraca się i z szelmowskim uśmiechem pyta: a może chcesz piwa? A żar z nieba leje się nadal, pytanie więc zawisło w tym żarze. Ba! Pewnie. Ostatnie piwo mogłem wypić w Turcji, a mamy już Jordanię. Mój menager hotelowy sięga pod fotel i wręcza mi zimną puszkę Amstela. Hej, znam to piwo! Okazuje się, że najpopularniejszym w Jordanii browarem jest ten z Holandii. Wypijam tylko jedno, w końcu kierowca też sobie wyjął puszkę i muszę trochę patrzeć na drogę. Samochód jedzie jednak prosto tam, gdzie prosto i zygzakiem tam, gdzie droga wije się zygzakiem. Niemniej wiem, co tu się wyprawia na trzeźwo i wolę się pilnować. Arabowie nie potrafią pić.

Mauzoleum Khalila Gibrana.

Zamachałem ręką i samochód się zatrzymał. Właściwie nie powinien, oficjalnie jest to teren jakiejś syryjskiej bazy wojskowej czy poligonu. Nie powinno go tu w ogóle być. Mnie, oficjalnie, moja znajomość arabskiego oraz inteligencja okazywana pozwala na to wykroczenie. W końcu tabliczki były tylko po arabsku i nie było szlabanu. Ale tu się nikt takimi rzeczami nie przejmuje, a na pewno już nie ten miły, starszy pan za kierownicą.
Myślałem, że to wpływ arabskich zwyczajów. Koniec końców droga jest już na pustyni, a wędrowcy w takich sytuacjach mają obowiązek sobie pomagać. Tradycja jest tradycją, a dodatkowo tu ma ona bardzo utylitarne podłoże. Jednak to nie tylko tradycja, bo gdy dojechaliśmy do drugiego końca wojskowych włości na tym końcu był już szlaban i wartownik. Żołnierz tylko się wyprężył, zasalutował i podniósł szlaban bez zbędnych dyskusji.
- Bo widzisz - odezwał się mój kierowca - masz szczęście, ze mną nie zginiesz. Ja tu jestem generałem - i przycisnął gaz do dechy. 120 na drodze krajowej to chyba ograniczenie dla generałów.
Droga była prosta, więc mój gospodarz postanowił ją trochę uatrakcyjnić, też chyba już tradycyjnie. Dostałem plastikowy kubeczek i do niego, do połowy ciepłej pepsi. Nie lubię pepsi, zwłaszcza ciepłej, ale co tam, to w końcu generał. Generał zaś z papierowej torby wyciągnął miejscową whisky i dopełnił kubeczki mi i sobie. Wódy na myszach też nie lubię, ale co tam, raz się żyje. Zwłaszcza że podczas całej tej operacji barmańskiej nadal grzaliśmy ponad stówę. Wisienką na torcie były jednak kostki lodu wygrzebane z wypełnionej wodą plastikowej torebki.
I w Jordanii i w Syrii można legalnie kupić alkohol. Owszem, większość mają tu muzułmańską, ale alkohol jest legalny. I nikt nie żąda dowodu wiary przy zakupach. Poza tym, jak w każdej religii, są ci, którzy przykazań przestrzegają i ci, którzy robią to trochę rzadziej. A mój generał służył ostatecznie Republice Arabskiej nie Islamskiej. Więc chlup, ku chwale Ojczyzny! Choć pozostało we mnie jedno pytanie: przecież wiózł tą butelczynę, lód i kubeczki nie na moje powitanie...

Arabskie puszki pepsi i coca-coli.

Zamachałem ręką i samochód się zatrzymał. Byliśmy na miejscu, pod monopolowym. Nic szczególnego w Bejrucie - Liban nie jest krajem muzułmańskim. Trudno go nawet nazwać arabskim. Alkohol dostępny jest jak u nas, a w stolicy może nawet bardziej. Choć patrząc po półkach raczej jest sprowadzany, jak większość rzeczy w tym kraju, niż produkowany na miejscu. Oferta szeroka i kosmopolityczna: od Jacka Danielsa po tureckie piwo Efez. My jednak wzięliśmy najpopularniejsze w regionie drinki z wódką. Mój gospodarz z jakimś napojem energetycznym, jak przystało na miejscowego, ja z jakimś aromatem identycznym z naturalnym.
Wyszliśmy na ulicę i odkręciliśmy kapsle. Tak, tu życie ułatwiają odkręcane kapsle, nie trzeba kombinować, gdzie są klucze, gdzie jakaś ławka. "Cheers", stuknęliśmy się butelkami, "na zdrowie".
- Wiesz, że w Polsce byśmy tak nie mogli? - zapytałem.
- Ale o co ci chodzi?
- Nie byśmy nie mogli tak iść ulicą i pić alkoholu. Mamy zakaz picia w miejscach publicznych.
- CO!? Ha, ha... Tu, w Libanie wszystko wolno - uśmiechnął się
- Widzisz, i to jest właśnie paradoks! Nielegalnym jest picie w kraju, który ma sławę jednego z najtężej pijących. Nawet jest wzmianka w encyklopedii Britanica. - zaśmiałem się ? Nie mógłbym się upić na ulicy w pijackim kraju, więc pojechałem to zrobić do Arabów.
- Heh, świat jest pokręcony.
- Rosjanie mówią: bez wodki nie razbierjosz.

Butelki po drinku Buzzz.

15:53, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17