podróż do wnętrza zewnętrza, bo nie ma mnie tu i tam nie istnieje
RSS
środa, 13 lipca 2011
Mowa od rzeczy

- Drodzy moi, zebraliśmy się tu wszyscy, by pożegnać parę naszych przyjaciół, niezastąpionych kompanów podróży, nieustających w wysiłkach pomocników, druhów, bez których niejeden krok byłby męczarnią. Pierwsze spotkanie z bliźniakami może i było naznaczone niepewnością i niepokojem o dalszą współpracę, ale już na pierwszym wspólnym spacerze pojawiła się nić porozumienia. Wspólne wyjazdy, przygody i wspomnienia łączyły coraz mocniej i mocniej, bez względu na świadomość nieuchronności tej chwili. Ich koniec był taki, jak całe ich życie - odeszli.

Przez mowę pożegnalną powoli zaczęły przebijać się szepty z tylnych ławek.
- A tacy byli mili, nie wywyższali się, zawsze na samym dole. Ech, szkoda bliźniaków.
- Bo on ich zawsze deptał - wyrzucała Chusta.
- Ależ Łaskawa Pani, tak ich rola życiowa była. To naturalny porządek - zaoponował Plecak.
- Przecież wiesz, moja droga, że to... paniczyk! Zawsze trzeba go nosić. Na ramionka, na ramionka.
- Daj spokój, Nożu, jak zawsze cięty masz język, ale przecież wszyscy siedzimy w tym samym...
- Bo ja jestem z szacownej firmy, moi Państwo. Nie byle co! I to dobre, bo patriotyczne. - obruszył się Plecak.
- Hi, hi, hi. Za to tych dwóch biedaków, to byli Chinole. O przepraszam, teraz to narodowość mejd-in-PRCh.
- A wszystko to za 28,50 zł i za pośrednictwem internetu. I pomyśleć, że niektórzy oceniają nas po metce i po cenie. Do czego to doszło, do czego to doszło...
- Cóż Pan nie powie? Azjaci? - zadumał się Paniczyk - A nie widać było zupełnie... I rozmiar taki sporszawy i zielono-czarni tacy...
Dźwięki dzwonków przerwały te dywagacje i wszyscy poczęli ustawiać się w kondukt żałobny. Powoli, krok za krokiem wychodzili na zewnątrz. Wszyscy w zadumie i w ciszy, wszak tyle razem przebyli kilometrów i tyle przeleżeli razem w szafie.
- ...mać - zaklął pod nosem Nóż przechodząc przez bramę ? i taka to ta nasza wędrówka. Tyle się przeszło, tyle zrobiło i na koniec co? Psia jucha, na śmietnik!

Na bramie przyklejona klajstrem wisiała klepsydra:
"W nieutulonym żalu pozostawiony wyprawiłem na wieczną wędrówkę po Niebieskich Połoninach moje oba sandały. Pozostały mi wspomnienia i wspólnie przebyte setki, jak nie tysiące kilometrów. Niech im ziemia lekką będzie, a i ja swym ciężarem już nie będę ich gniótł.
Żegnajcie!"

Moje, Świętej Pamięci, Sandały.

Sandały wąchają kwiatki

Ostatnie chwile Sandałów.

Ech, jestem sentymentalny... ;)

Niebieskie Polany - gdzieś w północnej Jordanii.

poniedziałek, 11 lipca 2011
Powiało Północą

Była Petra, odbiłem się od Morza Czerwonego, najdalej na południe położonego punktu Jordanii, zaliczyłem Wadi Rum - drugi punkt "zobacz koniecznie", czas powoli wracać na północ. Oczywiście pojęcie północy może być względne. Ja udaję się ku mroźnej północy jordańskiej. Nie chcę jednak, by podróż przez tą parę setek kilometrów pozostała bezowocna, o nie! Po drodze jest wszak jeszcze kilka miejsc do zobaczenia.

Zaraz po minięciu Petry, na przykład, zamek asz-Szaubak - stara arabska twierdza, z inskrypcjami na murach. Idzie sobie człowiek drogą, ciągnąc noga za nogą, a tu ? bach! Zamek zza zakrętu na niego wyskakuje i patrzy z góry. W środku zamek jak zamek. Cóż, wieki oszczędzania na sprzątaczkach są aż nazbyt widoczne...

Zamek Asz-Szaubak.

Mury zamkowe z arabskimi inskrypcjami.

Zamkowe wnętrza.

Podobne wnętrza prezentuje inna warownia - zamek w Karaku. Ten jest o wiele większy i położony na większej górze i w mieście. Ale szału nie ma. Prawdę mówiąc czuję się trochę zblazowany i zaczynam sądzić, że wszystko już widziałem.
Za to miasto uczy mnie czegoś nowego. Hotel wybrałem z przewodnika, bo gdyż dormitorium miał. To ładna łacińska nazwa pokoju zbiorowego, gdzie wykupuje się tylko łózko. I ja tak chciałem, bo to najtańszy, po spaniu na materacu na dachu hotelu, sposób na przeczekanie nocy. Pan Hotelowy jednak wiedząc, że w mieście są tylko dwa hotele i oba są jego, powiada niet. Mogę dostać jednoosobowy pokój w preferencyjnej cenie trzykrotnie wyższej od zbiorówki. "Szczwany plan" pomyślałem patrząc na hotelową tablicę pełną kluczy do pokojów i wyzywająco prychającą w moją stronę nieobecnością innych turystów. Właściwie czemu miałby mi sprzedawać łóżko, gdy i tak nikt się do mnie nie dokooptuje? I co będę miał jednoosobowy w cenie dormitorium, tak? Plan nie przewidział jednak, że mam śpiwór i karimatę i mogę pojechać spać gdzieś za miasto. Bo business is business, ale uczciwość obowiązuje. Popatrzmy więc na zamek.

Zamek Al-Karak.

Korytarze w zamku.

Mury zamkowe.

Następnym przystankiem w naszej wędrówce północy będzie Wadi Mujib. Pojawił się on już w opowieści o policjantach, ale przekroczmy go raz jeszcze. Na dnie tama, sztuczne jezioro i tereny rolnicze. Rolnicy nie muszą się martwić, że wodę im zakręcą, bo woda płynąć musi. Od tego miejsca bowiem na zachód, aż do Morza Martwego rozciąga się Wadi Mujib Nature Reserve i woda jest w nim niezbędna. Pewnie i ta rezerwacja natury ma w tym swój udział, ale nabieram przekonania, że jednak turyści są ważniejsi. Nie byłem w rezerwacie, zdjęć więc nie pokażę, a nie byłem z prostej przyczyny - trzeba tam płacić za wstęp i dodatkowo za wstęp na każdy ze szlaków. I to słono. Szlakami płynie woda wypuszczana z tamy, taka dodatkowa atrakcja. Park wodny, podziękowałem, zostałem oglądać kanion. Zboczenie geograficzne.

Beduiński namiot i zapora w tle.

Zalew z zapory.

Tarasy rolnicze w dolinie.

Zakręt na drodze.

Droga w Kanionie.

W drodze na północ wpadłem też do Al-Lajjun zobaczyć ruiny rzymskiego obozu. Brzmi to trochę irracjonalnie, bo jak to tak? Obóz to namioty, więc ruiny namiotów? Rzymianie jednak obozy jak stawiali, to fest. Mamy i tu więc mury, drogę, bramy. Miejsce miłe dla oka, o ile oko lubi starocie. Al-Lajjun zaskoczyło mnie jeszcze pod jednym względem ? na mapie oznaczone było jako zwykła wioska. Zajeżdżam ci ja przemiłym autostopem, który specjalnie dla mnie zboczył ze swej trasy, pytamy się nadjeżdżającego z przeciwka samochodu gdzie to Lajjun, a to "tu". Czyli właściwie nigdzie. Wysiadłem, podziękowałem, stop pojechał, a ja zostałem zwiedzać. Al-Lajjun ma do zaoferowania a) ruiny obozu rzymskiego b) meczet, nowy c) cztery, przerobione na zagrody dla owiec, resztki budynków z czasów osmańskich d) szkołę e) nic ponadto. Tak więc ze sklepu nici, za to odwiedziłem klasę pierwszą i drugą miejscowej szkoły podstawowej.

Al-Lajjun - panorama.

Klasa druga szkoły podstawowej.

Brama do obozu rzymskiego.

Droga rzymska.

Północ obiecywała przygodę z rezerwatami przyrody. Pierwszy na mej drodze był Wadi Dana. Był to też pierwszy rezerwat w Jordanii. Na wiosnę wygląda ponoć niesamowicie. Teraz właściwie już jest lato, no, technicznie rzecz biorąc, późna wiosna, więc może dlatego czułem się zawiedziony. Najbardziej podobały mi się wielbłądy zza krzaka i fauna bezkręgowa. Owszem, dolina ładna, ale bez szaleństw. No i czuję się zupełnie jak turysta. Gdzieś zagubiłem włóczęgostwo i przygodę, śpię po hotelach, ehhh...

Wadi Dana - panorama.

Wielbłąd w krzakach.

Pająk z Wadi Dana.

Kwiaty z Wadi Dana.

Wadi Dana - panoramiczne.

Kolejne dwa rezerwaty - Dibben i Ajlun to była niejaka odmiana. W krajobrazie pojawiły się wzgórza, ale najważniejsze - pojawił się też las. Normalny las, z drzewami, czymś w rodzaju ściółki i trawy na ziemi, gdzieniegdzie runo, gdzieniegdzie podszyt. Aż mi się łezka w oku zakręciła. Po ponad dwóch miesiącach znowu jestem w lesie. Jak stałem, tak się położyłem, żeby poczekać na naukę, która poszła w las, oczywiście.

Z lasu widok na góry pustynne.

Kora miejscowych buków.

W lasach tych skrytych jest też parę miejsc świętych - ot, tu grób towarzysza Proroka Mahometa (SAWA - tak się tu pisze skracając sobie dla ułatwienia formułkę "Pokój Niech Będzie Z Nim"), a tu sanktuarium Świętego Eliasza. Tu nawet na mozaikach pojawiają się drzewa.

Drzewo na mozaice z Maar Eliash.

Mozaiki Maar Eliash.

Jeden z zakamarków w Maar Eliash.

A leży to sobie wszystko poukrywane pomiędzy wzgórzami, z boku od głównych dróg. Cisza. Spokój. Żeby tylko jeszcze ktoś się ogarnął, bo gdy poprosiłem o najtańszy nocleg za łóżko w bungalowie w Ajlun krzyknął pan 54,30. I to bynajmniej nie w złotówkach, bo to nie oficjalna waluta jordańska. Humor mi tym poprawił, a poza tym lubię mieć dach z drzew i gwiazd.

Księżyc.

Ostatnim przystankiem było Irbed. Miasto uniwersytetu, miasto północy. Nic specjalnego. Podobnie ruiny Umm Qais. Warto jednak rzucić okiem na panoramę z Jeziorem Tyberiadzkim. Trzeba jednak czasu, zieloności i wody, by wypłukać pustynię z duszy. Nie za dużo jednak, z umiarem, nie chcę wypłukać jej całej!

Ulice Irbed.

Jezioro Tyberiadzkie w oddali.

I tak kończy się moja jordańska przygoda. Bez fajerwerków, ale jednak miło. Zielono. Ruszam dalej na północ znaleźć inne pustynie i inne góry. O ruiny się nie martwię, ruiny zawsze się znajdą. Jak nie, to zrobimy sobie jakieś.

Flagi Jordanii.

Zachód słońca nad Ajlun.

sobota, 02 lipca 2011
Pustak na pustyni

Skoro powiedziałem alif trzeba było powiedzieć i bet, skorzystać z okazji i powrócić do piaskownicy. Warto, bo następna szansa na zabawy w piasku może się trafić dopiero, gdy będę miał dzieci, a to na razie odłożyłem na później.
Jordania oprócz piasku nad Morzem Czerwonym i piasku nad Morzem Martwym ma też całkiem sporo piasku zupełnie pozbawionego dostępu do jakiegokolwiek morza. A ponieważ zazwyczaj następuje tu logiczny ciąg zależności:
jest tylko piasek -> prawie nie mieszkają tu ludzie -> teren jest dość naturalny -> chcemy zarabiać na nim -> zarabia się dobrze na turystyce -> turyści podniecają się terenami chronionymi -> zróbmy rezerwat!
część tych terenów oznaczono na mapie jako "proponowany rezerwat przyrody".
Na zachód ode mnie Qatar, na północny-zachód góry Masuda i na północ wzgórzasta pustynia Abu Rukbeh. Czym prędzej udałem się więc w ich kierunku:

Noc w Katarze

Tablica informacyjna - skręt do Qatar

Wadi Arab, czyli Jordan z południowej strony Morza Martwego, jest całkiem szeroką doliną, o płaskim dnie, świetnie nadającą się dla rolnictwa. O miejscowym związku sąsiedzkim policjantów-rolników z wojskowymi-agronomami już pisałem w Policyjnych 48h. Planowany rezerwat jest maleńki, ot, od Autostrady Morza Martwego po granicę, jakieś 3-4 km szerokości. Mimo niewielkich rozmiarów to właśnie tam poczułem się jak prawdziwy mudżahedin przedzierający się cichaczem w burzy piaskowej przez military zonę.

Pustynia pod Qatarem

Piasek ze zmarszczkami wiatrowymi.

Pustynia podczas burzy piaskowej.

Oczywiście to była jedna strona medalu (drogi), bo z drugiej co jakiś czas mijały mnie ciężarówki z solą potasową z miasteczka Sól Potasowa (Potash City). Generalnie miejsce na rezerwat głównie wojskowy, ale warto było to zobaczyć.

Ciężarówka z solą potasową.

Wadi Araba - widok na stronę Izraelską.

Masuda, brzydsza siostra Petry

I zacząłem się zastanawiać nad tym co właśnie napisałem - dlaczego brzydsza, jak w sumie mi się bardziej podobała? Co to, w brzydszych gustuję, czy jak? Może nie brzydsza, a mniej popularna. Petra to ta, co stoi w świetle reflektorów, chodzi z kapitanem drużyny sportowej, a sama jest Miss Szkoły. A widz się zastanawia, czemuż to właśnie ona? Masuda nie ma ruin miasta, za to ma góry. I to góry górzaste, gdzie jak się idzie w górę, to się wie, że potem będzie się schodzić w dół, a potem będzie jeszcze jedna góra, a za zakrętem dwie góry i pagór. Znam parę osób dla których z Gór to tylko Kalwaria i Jastrzębia - Masuda nie dla nich. Ponoć można tu nawet spotkać hienę, tak jest dziko. Ja spałem na dziko i ryjek miałem uchachany jak hiena :D

Masuda - góra numer 1.

Droga w górach.

Niebo nad Masudą.

Góry i chmury - Masuda.

Droga w Masudzie.

Drzewo na pustyni.

Abu Rukbeh - kwiaty pustyni

Pomiędzy "nigdzie" a "nicniema" rozciąga się kawał pustyni ułożonej na wzgóżach. Można tam spotkać martwą krowę, albo martwe coś innego. Pustynia to kawał zimnej drani, nie oszczędza słabych, którym brak jest woli przetrwania. Choć jak to kobieta, kwiaty lubi i nie robi im krzywdy. Puki trzymają się swoich wazonów-wadi. I tu znów się zatrzymałem ("w pół słowa" chciałem napisać, ale to właściwie zaduma post factum jest). Jaka kobieta, jak "abu" to "ojciec"? Jest to więc pustyń rodzaju męskiego. I zgadza się, bo to serir - pustynia żwirowa.
Na Abu Rukbeh szukałem życia. Też mi mówili "wilcy i takie tam". Znalazłem kwiaty, trzy drzewa, dwa osły, stado kóz i wiele wiele jaszczurek, mrówek i żuków. Nie do końca więc to taka "pusty"nia.

Panorama Abu Rukbeh.

Kwiaty w wadi.

Kwiat z bliska.

Osły na skraju drogi.

Droga dla ciężarówek.

Widok na pustynię z mojego campingu.

Jaszczurka na pustyni.

Podsumowując pustynne eskapady: Petra jest wspaniała, Wadi Ram robi wrażenie, w Wadi Mujib nie byłem, bo tam trzeba płacić za wejście na każdy szlak, a pozostałe rezerwaty Jordanii trochę rozczarowują (o tym niedługo). Zaskakujące są właśnie te "proponowane" - ciche, bez turystów, bez biletów, prawie bez miejscowych. Jeżeli szukacie miejsc w miarę dzikich, co do których miejscowi mówią "ooo", "wilki", "hieny", "niebezpiecznie", "nic tam nie ma" to powyższe są do tego wręcz stworzone. Ja ubawiłem się po pachy, metaforycznie - szczęśliwie lotnych piasków nie znalazłem.

19:11, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 lipca 2011
Atramentowa kropla piasku

Dotarłem nad Morze Czerwone i nie rozstąpiło się przede mną. Właściwie to dobrze, bo w rozstąpionym morzu ciężko się pływa. A przybyłem tu właśnie po to, by popływać między rybami. Sporo sobie obiecywałem też po podwodnej fotografii. Cóż, mój wodoodporny futerał okazał się być wodoodporny tylko w 99% i przeżyłem mrożące krew w żyłach chwile sprawdzając czy zalało mi aparat, czy też miałem szczęście. Zdjęć z rafy więc nie będzie, a szkoda, bo widoki nie przypominały tego zielska, które pstryknąłem jeszcze na Cyprze.

Wodorosty Morza Śródziemnego.

 Powierzchnia wody.

Sama Akaba jest miastem do zwiedzenia w dwie godziny - pozostałości starego miasta (naprawdę starego, nie tak jak dość młody Biskupin), fundamenty jednego z najstarszych na świecie kościołów i zamek. Za to w poznawaniu miasta wydatnie pomagała mi biurokracja. Ponieważ mija niebawem miesiąc mego pobytu w Jordanii należało przedłużyć wizę. Bezpłatna to i bezproblemowa sprawa. Skierowany zostałem więc do urzędu municypalnego, a ogromniastego, w żółtym budynku wyrzuconym na obrzeża miasta. Udałem się tam późnym rankiem, spacerem, bo z mapy wynikało, że to tylko pół godzinki. Nie spieszył mi się, a pogoda miała być taka sama jak przez ostatni miesiąc. Nos geograficzny pokierował mnie bezbłędnie i już 5 minut po wejściu do budynku odpowiedni urzędnik poinformował mnie, że tu mogę wizę przedłużyć o dwa dni, a to czego chcę dokonać, to na policji. W centrum. W drodze powrotnej słonko świeciło nieco wyżej i nieco bardziej w pysk, ale nigdzie się nie spieszyłem, a kefija idealnie spełniała funkcję słońcochronu. Dotarłem do miejskiego komisariatu, 3 minuty od mojego hotelu, i tu również zostałem obsłużony bardzo sprawnie. Już na wartowni powiedziano mi, że to nie tutaj, po czym wskazano mi na mapie odpowiedni, inny komisariat, a nawet zapisano mi po arabsku jego nazwę, żebym mógł się pytać o drogę, jakbym się zgubił. Nie zgubiłem się, ale podchodząc do stojącej na skrzyżowaniu budki policji drogowej już wiedziałem, że jeszcze do Kajfasza nie dotarłem. Tu kartka spełniła swoją misję i policjanci wiedzieli dokąd mnie posłać. Obok odpowiednika naszej Komendy Wojewódzkiej przechodziłem już pięć razy w ciągu minionej doby. Z radością przekroczyłem bramy urzędu.

Wybrzeże Morza Czerwonego.

Policja jordańska jest przemiła, o czym już pisałem. Z uśmiechem skierowano mnie do odpowiedniego pokoju, a potem z powrotem do pierwszego pokoju, bo to on ostatecznie był tym odpowiednim. Pan zabrał mój paszport oraz mnie do jeszcze innego pokoju, po czym przeprosił i poszliśmy korytarzem do kolejnego pokoju. Następnie wróciliśmy do pierwszego pokoju, a miły pan powiedział, żebym sobie usiadł i poszedł. Pewnie do jakiegoś pokoju. Spojrzałem na zegarek - 13:20, trochę mi się zeszło (dosłownie). Ale urząd do 14 pracuje, więc spokojnie. Po paru minutach mój spokój został przerwany nieśmiałym pytaniem, pana, który skonsultował się po pokojach i chciał wiedzieć czy nie mógłbym przyjść jutro, bo oni już kończą pracę. Nieśmiało zaoponowałem, że w zasadzie to jeszcze pół godziny mamy, a w ogóle to jutro będzie futro i dzisiaj było by najlepiej. Pan westchnął, podsunął mi formularz do wypełnienia i powiedział, że się zobaczy.

Żeby zobaczyć, musieliśmy udać się do sąsiedniego budynku. Podejrzewam, że po prostu w tym pierwszym skończyły się nam pokoje. Przemawiałby za tym fakt, że tam gdzie trafiłem, siedziało aż pięciu facetów, a na pobranie odcisków palców zabrano mnie na korytarz. Pomazano mi łapy tuszem, założono kartotekę, wbito do paszportu pieczątkę i okraszono ją półstronicowym elaboratem po arabsku. Za dziesięć druga, wraz z kończącym za dziesięć minut służbę policjantem, wychodziłem z Komendy. Z tym że ja miałem przedłużoną wizę :)

Parasole na plaży w Aqabie.

Parasole na plaży nocą.

Znalazłem Nemo, obejrzałem zatopiony wrak, spaliłem plecy, przespałem się na plaży. Trzeba było ruszać dalej. Akaba pod tym względem jest bardzo przyjemna, bo gdy ktoś się już znudzi wodą tuż za rogiem czeka na niego z otwartymi pustyniami Wadi Ram.

Napis Welcom to WadiRam

W szerokiej, pustynnej dolinie pomiędzy górami Jebel Umm Ejll a Jebel Ram leży wioska Ram, Rum albo Rumm. Ciężko się zapisuje arabskie nazwy łacińskim alfabetem i często okazywał się, że to co ja przeczytam z mapy nijak się ma do tego, co wychodzi z ust miejscowych. Podobnie nijak się ma obraz Wadi Ram do hasła "beduińska wioska". Jak zauważono w przewodnikach jest ona współczesna i w większości z betonu komórkowego. Ja do tego dorzucę zapyziała, brudna i wysychająca bez turystów. Większość okolicznych atrakcji położona jest na pustyni i w pewnym oddaleniu od samej wioski. Królują tu więc samochody terenowe, od wysłużonych chińskich trupów po nowoczesne amerykańskie klimatyzowane wielkoludy. I każdy pytając: "Jak się masz" na myśli ma "Czy wynajmiesz mój samochód". Albo chociaż wielbłąda. Proszęęę!

Droga wyjazdowa z Ram.

Byłem nieugięty, wszędzie łaziłem na piechotę. Nie zobaczyłem przez to paru rzeczy, będących celami turystycznych eskapad, ale to mnie chyba różni i od innych turystów, i od miejscowych. Wszyscy oni są nastawieni na dotarcie gdzieś. "Dokąd?" to jedno z częstszych pytań, jakie tu słyszę. I muszę coś ściemnić, zmyślić, uogólnić, czyli zbyć rozmówcę okrągłym słówkiem. Powiecie, żem niewychowany, a niestety wczesne próby tłumaczenia prawdy spełzły na niczym. Nie do pojęcia jest, jak tak mogę podróżować "tam". A dokładniej "gdzieś tam, albo trochę gdzie indziej". W naszej kulturze sądzę, że wiąże się to z wartością czasu, z niechęcią do włóczęgów. U Arabów chyba wynika to z faktu, że na pustyni zawsze zdąża się dokądś, zawsze jest jakiś określony cel. A ja się szlajam, włóczę, odbijam od miejsca do bezmiejsca, chcę być pomiędzy miejscami i zajrzeć pod kamień mijany codziennie przez setki ludzi. Owszem zwiedzam turystyczne atrakcje, ale chciałbym zrobić to ciut inaczej niż wszyscy.

Wielbłądy na pustyni.

Ślady wielbłądzie.

Tak więc znalazłem się w Wadi Ram i zszedłem z asfaltu na piasek osłaniając twarz chustą przed wzbijanym przez opony dżipów pyłem. I kiedy rozeszły się nasze drogi byłem sam na żółtej pustyni, otoczony czerwonymi górami. Pierwsze dwa dni odbijałem się od góry do góry szurając sandałami po piasku. Znalazłem małe i duże jaszczurki, koniki nie-polne i pustynne żuki. Niestety nie znalazłem węży, przed którymi mnie ostrzegano, mimo że byłem ich ciekawy. Za to widziałem stado wielbłądów idące bez pasterza. Faktycznie wyglądają jak żaglowce pustyni, człapiące, ale dostojnie po żółtym piachu, bez pośpiechu i bez wysiłku. W Akabie zostałem znienacka i mimo protestów posadzony na takim wielbłądzie, ot w ramach akcji "jak już będzie siedział, to i przejażdżkę pewnie wykupi". Przeżyciem jest wsiadanie na wielbłąda, które zawiera również wielbłąda wstawanie z ziemi: ty na garbie, a on najpierw tylne nogi prostuje, więc lecisz do przodu, następnie do tyłu, bo podnosi i przód, a potem, podczas jazdy, już się przyzwyczajasz, bo rzuca tak tobą przy każdym kroku. Nabrałem respektu dla tych, którzy na wielbłądach galopują w wyścigach. I jako ubezpieczyciel z miejsca podniósłbym im składki dwukrotnie.

Jeden z wąwozów na pustyni.

Starożytne inskrypcje.

A na pustyni, pośród turystycznych atrakcji, po raz kolejny najciekawszą okazała się ta, pomijana przez większość. Rakhbat. Dolina, wąwóz, kanion, przełęcz, kanion, wąwóz, dolina. Szlak wyznaczają pionowe ściany oraz, tam gdzie można się zgubić, kopczyki z kamieni. Dodatkową atrakcją są trudniejsze miejsca wymagające scramblingu. Scrambling to już nie hiking, a jeszcze nie climbing, czyli tłumacząc na swojskie ni to turystyka górska, ni wspinaczka. Nie wymaga sprzętu wspinaczkowego, ale minimum umiejętności owszem. Jednym ze słownikowych znaczeń słowa "scramble" jest "gramolić się", w tym przypadku chyba najtrafniejsze określenie, jakim można oddać kwintesencję tego działania. Po dniu takiego scramblingu nie chce już nam się "to scramble to do sth" - rzucić się, by coś zrobić, ale raczej nabieramy ochoty na "to scramble eggs" - zrobienie jajecznicy.

U wejścia do kanionu Rakhbat.

Kanion Rakhbat.

Kanion Rakhbat.

Czerwone Wydmy po drugiej stronie kanionu Rakhbat.

Czerwone Wydmy w Wadi Ram.

12:59, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
Petra w objecktivie

Nareszcie, wiwat, hurra!!!

Udało mi się w końcu przedrzeć przed zapory i kłody cyfrowe i załadowałem zdjęcia! Bez zbędnego gadania, oto one:

Wadi Musa i Petra - panorama.

Skały zaraz za wejściem do Petry.

Suq, czyli wąski kanion na początku miasta.

Suq w porównaniu do turystów.

Bryczka w suqu.

Stara, rzymska droga w suqu.

Bryczka w Petrze.

Suq.

Jeszcze jedna bryczka.

Wyjście z suqu do Skarbca.

Skarbiec.

Stoisko Beduinów.

Postój wielbłądów.

Ulica Fasad w Petrze.

Komora grobowca i widon na zewnątrz.

Wąski kanion poza głównym traktem Petry.

Wadi i ja.

Ulica Fasad w Petrze.

Jedna z komór.

Gospodarstwo Beduinów.

I na koniec najazd Stonki!

Turyści z Petry.

12:38, endoftheworld
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17